Zaktualizowano 03 mar 26 przez

World Series of Poker 2011 resume - ile jest mistrza w mistrzu

Czterdzieste drugie mistrzostwa świata niemal zakończone. Pozostało nam tylko poczekać 3,5 miesiąca na ostateczne rozstrzygnięcia najistotniejszego, kiedy to Ben Lamb stanie naprzeciw historii przerastającej go póki co po stokroć. Na swej drodze będzie zaś miał ośmiu ludzi, którzy dotychczas w pokerze live osiągnęli tyle, ile tysiące im podobnych, których planety przecinały w lipcu niewłaściwe konstelacje.

Rzecz nie w tym, że Ben Lamb jest najbardziej utytułowanym graczem w pozostałej stawce. Jeszcze dwa lata temu (a nawet dwa miesiące) niewłaściwy dobór kamizelki spowodowałby, że połowa walczących na ringu WSOP pokerzystów kazałaby mu wymieniać w przerwach "pięćsetki", myląc go z obsługą techniczną. Lamb przy final table przypomina trochę ubiegłoroczny występ Michaela Mizrachiego, który miał wyjątkową okazję wygrać zarówno 50 000 $ Poker Players' Championship, jak i Main Event.

The Silent Run of the Lamb

Podobieństwo jest tym większe, że Benny nie błyszczał w jakichś amatorskich eventach za tysiąc dolców, a swych wyczynów dokonywał na arenach przewyższających trzytysięczny bilet wstępu, wliczając w to mistrzostwo świata pot-limit Omaha. Ivey i Hellmuth potrafili zdobywać trzy bransoletki w jednym roku, "Puggy" Pearson zrobił to przy zaledwie ośmiu turniejach roku 1973, natomiast Jeff Lisandro zgarnął trzy trofea przed dwoma laty, gdy w Rio było już bardzo ciasno.

Od roku 2001 i zwycięstwa w Main Evencie Carlosa Mortensena nie było triumfatora, który w kolejnych latach zdobywałby kolejne świecidełka. I choć Joe Hachem wygrał event World Poker Tour, Greg Raymer miewa swoje szanse, a na weryfikację Cady czy Duhamela stanowczo jeszcze za wcześnie, to niewątpliwie czempion, dla którego najważniejsza z bransolet nie będzie dziewiczą, w czasach masywnego fieldu ME stanowić będzie zjawisko.

hellyeahMutH

Skromny "Benba" z Tulsy jest już jedną nogą w spodniach Gracza Roku. Drugą nogawę ściska inna gwiazda tegorocznego cyklu, "bohater ostatniej akcji", który niestety ginął w finałowej scenie każdej z trzech części mistrzowskich produkcji.

O Philu Hellmutcie pisałem sporo w poprzednim newsie. Wielu zwykło go nazywać "dużym dzieckiem", jednak dziecku, które trzykrotnie gra heads-up w eventach za 10 000 $ należy się co najmniej "złote" określenie. Phil udowodnił, że oldschoolowcy mają jeszcze czego szukać w dynamicie World Series i że rzekomo archaiczne style gry nie są wcale skazane na porażkę w konfrontacji z "mokrymi głowami" naszych czasów, gotowymi zaryzykować żywoty swych matek na 52% przed flopem.

Mission: Complete

Do graczy, którzy zasłużyli na swoją zdobycz choćby na przestrzeni całej swej kariery, zaliczyć można "ElkY" Grospelliera i tytuł w 10 000 $ Seven Card Stud Championship (+ trzecie miejsce w mistrzostwach six-handed), Jasona Marciera z drugim tytułem PLO (pomimo wielu błędów w tym akurat evencie, w środowisku fanów gracza z Florydy nazywanych missreadami) i Eugene'a Katchalova w studzie dla "ubogich", przy siódmym w karierze final table. Wrażenie robi piąta bransoletka Johna Juandy, być może najlepszego obecnie gracza spośród tych nierozpoznawalnych przez amatorów telewizyjnych cash shows.

Jednym z wygranych tego roku jest Brian Rast, który potwierdził swoje umiejętności online w grze bez myszki, zdobiąc nadgarstek dwoma cackami, w tym główną nagrodą prestiżowego The Poker Players' Championship. Udany serial wypłat zaliczyli m.in. Kirill Rabtsov, Paul Volpe, Gabriel Nassif, Bryce Yockey, Max Pescatori, David Baker, Victor Ramdin, Shaun Deeb i Sorel Mizzi.

Wejście smoka

Po tegorocznych rozgrywkach głowy pokerowych analityków są bogatsze o kilka nazwisk i postaci dotychczas szkiełkom i oczom nieznanych. Galerię otworzyć musi Matt Perrins - gość, który twierdził, że zwyciężył w turnieju 2-7 single draw nie mając wcześniej styczności z tą odmianą. Brytyjczyk powinien albo przestać kłamać, albo posiadać już w dorobku osiągnięcia adekwatne do zdolności, widzianych ostatnio w młodzieńczym spojrzeniu Stu Ungara.

Niejaki Lakewood Louie wziął udział w czterech turniejach WSOP pod koniec lat siedemdziesiątych. I wszystkie cztery wygrał. Tajemniczy gracz zniknął ze sceny Horseshoe równie szybko, jak się na niej pojawił, pozostawiając niezaspokojony apetyt tych, którzy widzieli w nim przyszłego rekordzistę, gracza kompletnego.

"California David" objawił się nam ponad cztery dekady później. David Singotiko wygrał bowiem pierwszy turniej, w którym wziął udział - stuprocentowej skuteczności nie można więc mu odmówić. Mógłbym jednak postawić cały swój bankroll na to, że Louie może pozostać pewnym swego "wyniku", na którejkolwiek z nekropolii Lakewood by nie spoczywał.

Trzecią postacią loży niespodzianek jest Owais Ahmed. Gracz ten co prawda udowadniał już wcześniej, że jego przygoda z 7 Card Stud Hi/Lo i Mixed Games nie przypomina kariery Dyzmy-Perrinsa, jednak bransoletka w evencie Omaha/Stud 8-better w połączeniu z czwartą lokatą w The Poker Players' Championship to osiągnięcia, o jakie nie śmieli modlić się nawet jego dziadkowie w piaszczystym Karaczi.

Słabe plony wielkich orczych

Wśród graczy, po których spodziewano się wiele, był z pewnością Erik Seidel. Ośmiokrotny zdobywca bransoletek zajął co prawda pięć miejsc płatnych, ale czym jest 67 000 $ dla pokerzysty, który zdominował niemal wszystkie tegoroczne turnieje high roller oraz NBC National Heads-Up, wygrywając w nich łącznie ponad pięć milionów w zielonej walucie?

Bransoletka zdobyta przez Toma Dwana miała w końcu zamknąć usta wszystkich sceptyków jego gry turniejowej i umiejętności w odmianach bez flopa. Usta te pozostaną otwarte, bowiem "durrrrrr" pozostał bez trofeum World Series. I nawet bądź co bądź zaskakujące piąte miejsce w mistrzowskim evencie H.O.R.S.E. nie osłodzi dziegciu, w którym zaklęta jest gorycz braku tytułu.

Dumni ze swych osiągnięć nie mogą być ponadto choćby Daniel Negreanu, Patrik Antonius czy Vanessa Selbst. Niesamowici w sieci Randy Lew i Daniel Cates również zaliczyli falstart. Po raz kolejny okazało się, że zamiana monitora na szorstki dotyk plastiku jest jak pierwsze poczucie braku gruntu dla początkującego pływaka - niby ruchy te same, ale dopłynąć jakoś trudniej...

Czarnopiątkowy pomidor

Niektórzy twierdzą, że z World Series of Poker jest jak z "walkami stulecia" na Polsacie, ale fakt, że Czarny Piątek nie przestraszył graczy nie świadczy jeszcze o największym sukcesie organizacyjnym w historii. To prawda - pobito wiele rekordów frekwencji, o dziwo głównie w odmianach, które przyrodnicy w swej "Czerwonej Księdze" oznaczyliby pewnie symbolem CR. To prawda. Ale bogaty field pomimo trudnych chwil pokera nie jest odpowiedzią na każde z pytań.

42 sezon na pewno zubożał brakiem Phila Ivey, Howarda Lederera oraz Chrisa Fergusona. Na pewno sukcesu nie budował ani casus znaczonych kart, ani kontrowersje wokół głośnego czytania rywali, z pewnością nie pomogła także zasada dziesięciu poziomów, obnażona w evencie czwartym. Deep run Jonathana Epsteina w Ladies Event także bardziej dzielił niż łączył.

Czy tegoroczny WSOP był najbardziej udanym w historii? Raczej nie. Czy był nieudany? Zdecydowanie nie. Czy jest w ogóle sens jakiejkolwiek gradacji, skoro za rok turnieje zorganizują ci sami ludzie w tym samym miejscu? Czy trzeba sobie coś udowadniać? Czy rzeczywiście jakość tego produktu mierzy się oglądalnością relacji i liczbą amatorów, gotowych zapłacić za zabawę w doborowym towarzystwie niczym za kolację z telewizyjną gwiazdką w sms-owym konkursie? Zapytajcie włodarzy, a potem zapytajcie najwierniejszych cyklowi graczy. Kiedyś trzykrotnemu bransoletkowiczowi, Johnowi Bonettiemu, nakazano wstrzymanie gry do czasu, aż stanie nad nim zastęp operatorów. Bonetti znał "zasady", jednak nie przeszkodziło mu to w komentarzu: "To mistrzostwa świata. Zamknijcie się i pozwólcie nam grać".