Zaktualizowano 03 mar 26 przez

Z cyklu: The Men of the Game - John Juanda

Kto chłonie pokerowe wieści tylko na bazie sinusoid high stakes online - ten może zapytać nawet: co zdjęcia Bruce'a Lee robią w naszych newsach? Ci jednak, którzy baczniej śledzą karcianą historię, wiedzą, że John Juanda potrafi zaserwować swym przeciwnikom pokerowe kung-fu godne Smoka.

„Pieniądze przychodzą i odchodzą, ale czynnikiem, który przyciąga mnie do gry, są przeciwnicy” - czyż słowa te nie pachną ideologią wielkiego wojownika? John Juanda ma w sobie z mistrza Lee coś więcej, niż tylko opanowane, przenikliwe spojrzenie, którym czyta rywali jak pierwszoklasiści elementarz.

JJ nie rozsiada się przy stole z tłustym żarciem, by sącząc piwsko liczyć zawczasu pieniądze oponenta w swojej kieszeni. JJ siada grzecznie i milczy, ale każdy jego ruch jest agresywnym ciosem, który sieje o wiele większe spustoszenie w psychice rywala niż jakikolwiek trash talk.

James Dean z Azji

Mr Nice Guy

Johnson Juanda urodził się w 1971 roku na indonezyjskiej Sumatrze. Jego rodzice, by zarobić na wykształcenie i dobrobyt swych pociech, poświęcili się całkowicie prowadzeniu firmy, synka wraz z jego rodzeństwem pozostawiając pod opieką dziadków. Stary Juanda jednak nie wpajał wnukom tajników wschodnich sztuk walki. Gry w pokera też nie uczył.

John był bardzo bystrym i inteligentnym młodzieńcem. Bił lekkoatletyczne rekordy od sprintów po długie dystanse, czym zyskiwał serducha młodych Indonezyjek. Buntowniczy charakter utrudniał mu jednak przykładne pokonywanie edukacyjnych szczebli. W tym czasie jego ojciec pił już i gamblował, wobec czego matka zaczęła planować dla syna amerykańską przyszłość, byle tylko ten nie powielił wzorca Bruce'a seniora.

W 1990 roku JJ siedział już w samolocie do Oklahomy. Setki metrów nad poziomem morza po raz pierwszy przywitał się z talią kart. Jego towarzysz, by utwierdzić go w przekonaniu do pokerowego przeznaczenia, w pierwszej ręce, jaką mu rozdał, zaprezentował Royal Flusha w pikowej okazałości. Niegłupi John jednak błyskawicznie stwierdził, że nie chce takiego szczęścia - chce być po prostu dobry.

Silent Killer

Sukces w ME WSOPE '08

Pierwsze kroki Juandy na szczęśliwej ziemi nie należałby do łatwych. Aby zarobić na przyszły dyplom MBA, chłopak sprzedawał biblie i jako innowierca robił to nadzwyczaj skutecznie. Tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę barierę językową, która sprawiła, że medański James Dean objawił się w Stanach jako milczący i obserwujący grzeczniś. I gdy w 1996 roku JJ po raz pierwszy zagościł w amerykańskim kasynie - też tylko milczał i obserwował. A kiedy był już gotowy... wciąż obserwował i milczał, przy okazji tylko zgarniając pokaźne pule.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych regularnie zgarniał w przybytkach Los Angeles cztero- i pięciocyfrówki. W 2002 roku zdobył swą pierwszą bransoletkę World Series of Poker, triumfując w evencie 1500 $ Limit Ace-to-Five Triple-Draw. Niespełna dwa tygodnie później przegrał z Gusem Hansenem w heads-upie mistrzowskiego turnieju World Poker Tour, dzięki czemu zdobył respekt w środowisku i tytuł gracza roku magazynu Card Player.

Rok później dołożył do tego kolejne dwie błyskotki WSOP, po których przyszedł czas m.in. na ship Main Eventu WSOPE, w którym po 22 godzinach gry karetą szóstek zburzył marzenia o triumfie Stanislava Alekhina, a także niesamowite cztery final table w 41. edycji cyklu, sukces na Aussie Millions oraz piątą zdobycz do kolekcji, uchwyconą w ubiegłym roku.

Przyczajony tygrys, ukryty smok

"You raised... O'rly?"

Image uśmiechniętego gentlemana i pozorna pasywność, w wyniku której wydaje się, że John mógłby pozwolić zrobić sobie na głowie o wiele więcej niż tylko mokrą włoszkę - to wszystko sprawia, że przeciwnicy często go lekceważą. Dobry wojownik potrafi to wykorzystać.

Do najbliższych przyjaciół Juandy należą gracze, którzy razem z nim tworzyli crew szturmującą pokerowe salony w latach dziewięćdziesiątych - Phil Ivey, Allen Cunningham oraz Daniel Negreanu. Znacie mocniejszy koleżeński kwartet? Nie sądzę.

"Nie ma szans, byś przejrzał Johna, ale daj znać, gdybyś tego dokonał" - słowa Erika Seidela niezwykle trafnie obrazują jego pozycję na arenie: nie ma pokerowej sfery, w której jego skill okazałby się nic nieznaczący. Gdy siadasz z nim do stołu musisz być gotów na solidne wushu zamknięte w stylu pięści przebicia. Możesz mieć "wejście smoka", ale ze wstydem wychodził będziesz po angielsku.

Na koniec trochę historii udokumentowanej:

Na początek perełka - Juanda sprzed lat

Daję ci znać, Eriku Seidel!

Piąta bransoletka. Nie było łatwo ograć leśnych dziadków...

acebestini