Zaktualizowano 03 mar 26 przez

Na co cię stać?

"Chwyć szczęście za ogon i duś jak cytrynę" - niejeden z nas otrzymał kiedyś takie życzenia, ale w późniejszych latach zazwyczaj na przypadkowym szczęściu się kończyło. Na sok z cytrynki trzeba sobie zapracować, wielu jednak nie potrafi się ogarnąć.

Kariera "na dziada"

Nope, to nie Seniors Event. I nie byle random.

Jeśli wybierzecie się w podróż do Dublina, zdecydujecie się odwiedzić srebrnowłosego Noela Furlonga i zapytacie go, czy na naukę gry w pokera nigdy nie jest za późno, opowie wam, jak to zaczynał grubo po czterdziestce, by w 1999 roku, w wieku 62 lat, shipnąć Main Event. Jeśli późno w noc zapalicie kilka świec, rozłożycie przed sobą tablicę ouija i wywołacie ducha Johna Bonettiego, ten być może będzie skłonny opowiedzieć, jak to w dniu swych pięćdziesiątych urodzin nie wiedział jeszcze, czym jest straight, by zdążyć potem zdobyć trzy brejslety World Series. I to wcale nie w czasach, gdy trudno było o skompletowanie jednego stolika.

Historie takie, jak powyższe, skutecznie krzepią serducha wszystkich niespełnionych oraz tych, którzy swe trzydzieste urodziny zaczynają traktować jako rozpoczęcie "wstecznego odliczania", bo już zakupy nosi się na dwa razy i nauka języka nie wchodzi tak, jak w podstawówce. Czy jednak w dzisiejszych czasach rzeczywiście zawsze jest pora na ruszenie po mistrza? Czy "chcieć to móc" wpisuje się jeszcze w karciany schemat niezależnie od okoliczności? Niestety dla wszystkich, którzy z różnych względów przegapili złote swe czasy lub urodzili się nie wtedy, kiedy było trzeba, sprawa jest bardziej wątpliwa, niż gitarowy talent Zbigniewa Hołdysa.

Dzieci i "panowie" rolla nie mają (ryby wręcz przeciwnie)

"Wróciłem jak zwykle, żeby pogrindować, ale w lodówce
zero piwka, i obiadu na stole nie było... A ojciec mówi mi,
żebym się pakował... No i co z tego, że miałem 36 lat?"

Miodowe lata polskiego pokera nadeszły wraz z falą uderzeniową efektu Moneymakera (która na Stary Kontynent parła dość opornie) i ci, którzy w drugiej połowie minionej dekady nie byli zbyt młodzi, by potrafić się zaangażować, i zbyt starzy, by uniknąć słusznych dróg odpowiedzialnego stawiania fundamentów przyszłego życia, w dużej mierze stanowią dziś kwiat naszej karcianej sceny. Tak jest nadal; kolejne roczniki idą tą drogą - poker potrzebuje sprzyjających warunków, by rozkwitnąć pełnią koloru i hipnozą woni, a te oczekują zaszyte w konkretnym momencie życia.

Przypadek graczy "za młodych" jest zawsze do uratowania. Częstą przeszkodą może być niemowlęcy wręcz, słomiany zapał oraz gorąca głowa, która z jednej strony może poskutkować błyskawicznym zdobyciem limitów, na które "po bożemu" zwykło wdrapywać się miesiącami, z drugiej jednak zazwyczaj kończy się szybką torebką i zmianą zainteresowań (bo nie ma z czego dosypać do kasjera), względnie żebrami lub mozolnym ciułaniem w odmętach mikro, co jednak zwykle działa deprymująco wobec motywacji do konsekwentnej nauki. Ot, taki wiek - i z kartami jest tak, jak ze wszystkim.

Gorzej, gdy jest się już po wszelkich naukach, kiedy matkę frasuje przyszłość syna, a ojciec coraz bardziej niechętnie karmi darmozjada. Gdy ma się w rękach całe swoje życie, bez względnych planów B i ewentualnej amortyzacji upadku, trudniej podjąć ryzyko i wówczas zainteresowanie pokerem idzie w parze z regularną pracą i masą innych obowiązków. A karty nie lubią dzielić się tym, kto je trzyma. Wtedy to wygrani mogą być właściwie tylko wieczni bananowcy oraz ludzie bez parcia na rodzinę czy jakikolwiek odpoczynek. Ilu mamy w naszej społeczności graczy zawyżających średnią wieku: na etacie, z żoną, na której uśmiechu im zależy i dzieckiem, które choć po części pragną wychować? Sporo. Ilu z nich marzy o pokerowych sukcesach? Znaczna część. Ilu je osiągnie? Prawie żaden.

Chwytać dzień? Chwyć swoją przyszłość!

"A ty? Zdecydowałeś się już podjąć rękawicę,
czy dalej będziesz mazał się jak cizia?"

Wielu studentów, którzy dysponują wolnym czasem i chłonną głową, boryka się z problemami dotyczącymi konsekwencji, pewnego rygoru pokerowej edukacji, zaangażowania i jasnego określenia celów oraz wyraźnych dróg do ich osiągnięcia. Niech kwejk, nowy sezon "Gry o tron", LoL i częstsze wypady na koleżeńskie piweczko stanowią część materii złych duszków, które siadają na lewym ramieniu i każą się nieco poopieprzać. Niektórzy potrafią wyłowić zadowalający profit, który stanowi znakomity boost dla kieszonkowego - i tak jest dobrze; i chociaż gdzieś w głowie majaczą myśli: "być jak Zapolek", "być jak Gus Hansen" - wydają się one tak odległe, że wygodniej jest żyć zadowalającą chwilą.

Należy jednak pamiętać, że nadejdzie dzień, w którym przyjdzie podjąć decyzję: czy poker stanowił będzie dla mnie dodatek także w dorosłym życiu, czy wszystkie siły przeleję na szalę bycia coraz lepszym, by zostać profesjonalistą? Ale nie będzie już czasu, by nadal próbować - jeśli nie będziemy pewni swoich możliwości i świadomi swojej odporności na zakrętach swingu, ryzykując karierę poker pro możemy poczuć presję, że oto nie ma miękkiego materaca, na który możemy upaść. A takie poczucie może zacząć ciążyć na suwaku określającym wysokość zakładów. Mając świadomość "bycia na rozdrożu" - czy jestem gotów obiecać sobie pełen profesjonalizm, czy lepiej poszukać bezpiecznej alternatywy - w rzeczywistości nie zaangażujemy się w pełni.

Należy docenić fakt narodzin nie w latach siedemdziesiątych i nie w czasach, gdy kolejka regów do każdego fisha będzie dłuższa, niż noc polarna, i jasno określić swoje cele. Nie wtedy, gdy przyciśnie konieczność, a znacznie wcześniej. Jeśli chcesz być graczem rekreacyjnym, który na pierwszym miejscu postawi przyjemność z gry i grind nie z obowiązku wobec siebie, a z czystej chęci - baw się kartami i pielęgnuj pokera jako najlepszą z rozrywek. Jeśli jednak chcesz być pokerzystą - odrzuć "później", eksperymenty i niską poprzeczkę - postaraj się o profesjonalne podejście już dziś, bo prosem nie zostaje się z deklaracji i w drodze rewolucji, tylko dzięki mozolnej pracy, której jedynym słusznym weryfikatorem jest czas.

"Przeszkoda to twoja głowa"

"To, że jestem Jesusem, wcale nie oznacza,
że nie musiałem się starać. Zapytaj Howarda."

Pyszał nie nauczył się grać w dwa tygodnie i wcale nie jest "złotym dzieckiem" z talentem wielkości przyrodzenia wieloryba. Najlepsi nasi gracze nie mówią w wywiadach o ogromie pracy, jaki należy wykonać tylko po to, by zachęcić userów do oglądania ich produkcji. Niektórzy czytając o harówce wyobrażają sobie setki tysięcy rozegranych rozdań i liczone w dziesiątkach sety sitków, a przecież najtrudniejsza robota dzieje się przy wyłączonym sofcie, i wcale nie mam na myśli lektury Harringtona. To na fundamentach mindsetu każdy pokerzysta buduje samego siebie, podczas gdy wielu niezdecydowanych bagatelizuje temat, bo teoretycznie nie przesuwa on w nasza stronę żywych dolców.

"Musisz odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie: co chcesz w życiu robić. A potem zacznij to robić." O ile jednak jaranie blantów wymaga jedynie towaru, bletki i sprawnych rączek, tak "zdecydować się na pokerową przyszłość" niesie za sobą wiele konsekwencji i wyrzeczeń, bo przyjemność odbierania grubego czeku to zaledwie pyszna wisienka na torcie wypieczonym z godzin ciężkiej pracy. Chcesz się dobrze bawić - baw się, chcesz być profesjonalistą - podejmij decyzję i podwiń rękawy. Prawdziwa radość przychodzi dopiero po zwycięstwie, ale smakuje wówczas lepiej, niż najbardziej wykwintny kawałek ambrozji z najprzedniejszej uczty Olimpu.

by acebestini

//