Modern Talking
Jeszcze nie tak dawno temu grając w pokera można było porozmawiać i pożartować, by przy okazji sprawdzić, czy przeciwnik drapie się w ucho przy dobrej karcie, czy jednak to wszystko przez ogromny upał. A potem udostępniono internet.
Zaginieni w akcji
![]() |
| "Don't be scared, just gimme your number..." |
Nie trzeba cofać się o pół wieku, by zauważyć różnicę. Niegdyś wcale nie trzeba było też dosiadać się do Freddy'ego Deeba czy Humberto Brenesa, by otrzeć się o unikalny koloryt. W czasach, gdy Daniel Negreanu zdobywał swą pierwszą bransoletkę, wcale nie wyróżniał się swą skłonnością do rozmowy przy pokerowym stole. Był jednym z wielu - dziś natomiast musi wołać do dna studni i szukać wymuszonych półsłówek, vide najświeższy przykład Main Eventu WSOP APAC.
Gdy jeszcze dekadę temu w trakcie rozdania Daniel pytał rywala, czy ten ma asy, otrzymywał najczęściej rozbudowany return, który wymuszał leveling na poziomie "Incepcji". Bo przeciwnicy mieli większe doświadczenie i wystarczające jaja, by wdać się w pojedynek na pozyskiwanie informacji, połączony z dywersyjnym zacieraniem własnych śladów. To był niebywale piękny aspekt gry w karty, stanowiący wówczas jeszcze niezbędne dopełnienie matematycznych i analitycznych podstaw.
Dzisiejsi pokerzyści nie czują się już tak pewnie. Przyzwyczajeni do gry online, gdzie nie muszą skrywać się przed skanowaniem tęczówek czy tamować drżenia powiek w chwili blefów wartych dziesięć tysięcy dolców, do namacalnego stołu są gotowi przynieść jedynie prawdopodobieństwo, zdolność zbierania matematycznej informacji i procenty, tak różne od zanurzonych we wnętrzu butelki. Chowają się za zasłoną okularów, uciekają do lasu ulubionych muzycznych kawałków, programując kasyno na swój wyimaginowany komputer.
Thrash talk, nu talk, heavy talk...
![]() |
| "You better look at me you litttle finocch'!" |
Od wszystkich karcianych bajarzy i bardów odróżnić należy amatorów trash talkingu w najczystszej, destrukcyjnej postaci, choć i o następców Hellmutha, Matusowa czy Tony'ego G coraz trudniej. Dziś Poker Brat uważany jest za gościa "jedynego w swoim rodzaju", a jego słynne wybuchy wydają się archaiczne, dla siedzących przed swymi wyimaginowanymi komputerami milczków wręcz "z innej epoki". Bo to wstyd przecież, tak się zatracić...
Dalej mamy graczy, którzy (kiedy nie są blokowani absurdalnymi zasadami kasyn) używają rozmowy do wyciągnięcia od przeciwnika informacji na temat jego ręki w sposób pozbawiony werbalnej agresji. Dziś królem słownych polowań jest bez wątpienia Daniel Negreanu, kiedyś podobny status miał "włoski ogier" John Bonetti, a nawet "autor jednego przeboju" Jamie Gold właściwie wpisuje się w owy schemat. A większość milczy, niepewna, gdyż z chęcią zrobienia wirtualnej notatki wygrywa obawa przed ukazaniem własnych słabości.
W trzeciej grupie tych, którzy nie lubią się nudzić, są gracze raczący się zwykłą, nie związaną z konkretnymi rozdaniami rozmową. I - co najważniejsze - raczący ową współgraczy. Pokerzyści pokroju Freddy'ego Deeba, Humberto Brenesa, Scotty'ego Nguyena i Marcela Luske pozostają słusznego zdania, iż na milczenie będzie sporo czasu po śmierci, dbają więc o przyjazną i pełną żartów atmosferę przy stołach. Cóż jednak z tego, skoro najczęściej zmuszeni są do monologów?
Po co to wszystko?
![]() |
| Chyba, że tak... |
Ten, który cicho skrywa się za binoklem, powie pewnie: "Dzisiaj tak się wygrywa - ja stawiam na skupienie. Teraz poker to matma i analiza, a wzrokowe mierzenie tętna i wykrywacz tellsów można włożyć między Andersena i braci Grimm". Ale przecież nawet wymienieni przeze mnie pokerzyści to nie karciani trefnisie bez umiejętności! Deeb, Negreanu czy Hellmuth po dziś dzień udowadniają młokosom ile znaczy stara szkoła gry live. Phil niedawno stwierdził, że głównym problemem młodych w grze na żywca jest niedocenianie niemierzalnych aspektów gry i "strach przed pokazaniem strachu". Gdyby zwrócili większą uwagę na pozyskiwanie informacji za pomocą narzędzi niedostępnych w grze online, byliby nie do zatrzymania.
Ale gra przy piwku to nie final table EPT i to, że ktoś na NL2 home game będzie duszą towarzystwa wcale nie oznacza, że w chwili wielkiej próby nie będzie wstydliwie ukrywał przełyku. Po co ryzykować? Przecież samemu można zbyt wiele zdradzić. Po co bawić się w "udawanie udawania"? Po co sondować rywala, skoro jego zakres i częstotliwość 3-betu każą nam sprawdzać?
Nie zrozumie tego ten, kto w kartach widzi tylko pieniądze i atawistyczną żądzę bycia najlepszym. Nie zrozumie ten, kto już dawno przestał grać dla przyjemności i ten, kto zapomniał, jak czerpać prawdziwą przyjemność z gry. Bo czy otwarci na otoczenie gracze to nadludzie, którzy potrafią robić coś jeszcze oprócz unikania wysyłania tellsów? A może po prostu tychże nikt już nie potrafi odbierać? Spieszmy się żyć grą, bo już niedługo nikt nie będzie pamiętał, jak to się robi.


