Po powrocie nie mogę się zebrać, jestem cieniem samego siebie, brakuje mi motywacji i energii, mam napisać arta do gazety i nie chce mi się, obiecałem Wam relację i może to pomoże mi stworzyć później jakiś fajny artykuł
Motywacja:
Rok temu zrobiłem 420 km w 3 dni, z Łodzi do Sopotu, było ciekawie, widoki, ludzie krajobrazy, wyścigi balonów, refleksja nad tym, że Polska to taki płaski kraj, że armie mogą bez problemów łazić tam i nazad
W tym roku strasznie się zmieniłem, praca, studia, dziewczyna, wszystko bezpieczne uporządkowane, dużo kasy, dużo miłości, mało przygód, czułem, że gniazdko w mojej głowie się powiększa, a mój tyłek przykleja się do krzesła i rośnie
Przygotowania
Niezbyt rozsądne, do końca nie mogę znaleźć partnera, maggman, który był chętny rezygnuje, zwodził mnie przez jakiś czas, ale wierzyłem w niego, że jest typem człowieka, który jeśli podejmie decyzję, to będzie realizował z żelazną konsekwencją niestety, brak decyzji...
Desperacja, zakładam na forum pokerowym topic o wyprawie rowerowej, odzywa się Kopoland. Strzał w dzięsiątke jak się później okazuje...
Nie chcę żadnych for rowerowych, bo boję się podróży z prosem, którego sprzęt będzie wart za dużo
Sprzęt
Niewiarygodnie drogi, ale warto, przygotowania pochłonęły jakiś 1000zł, Przyczepka 500zł, spodenki kolarskie, rekawiczki, kask 200 zł, remont generalny roweru 200 zł do tego koszulka termoaktywna od Asi, która prawie uratowała mi życie Czułem się jak dziecko w sklepie, które przebiera się w kolarza, rok temu, nie miałem nic, ale dałem radę
Sponsor
Jest drogo, więc myślę sobie znajdę sponsora, robię konspekt wyprawy, i rozsyłam do gazet, radia, telewizji, bo żeby ktoś wyłożył kasę potrzeba patrona medialnego, nikt się nie odzywa oczywiście. Crosso chce mi dać 30% rabatu na swoje sakwy, czyli jakieś 150zł, jeśli będzie wychwalał ich w rowertorur, producent przyczepki daje 25% z prośbą tylko o opinie i parę zdjęć, tak więc przyczepka. Rowertour piszę że jeśli relacja będzie dobra to 300zl -400zl dla mnie, więc wkrótce siadam do tego
Termin
Najgorszy z możliwych 15 września, dzień po urodzinach, temperatura 5 stopni, wiatr, deszcz zachmurzenie całkowite, ale nie mogę się już wycofać, kłótnia z rodzicami, rano jeszcze idę załatwić wpis do indeksu, niezastąpiona Kasia go zawozi i jestem wolny
Trasa
Północ jest krótka, Wschód dziki, nie jest w UE, zachód drogi, zostaje więc tylko południe, w planach Budapeszt, a potem się zobaczy, może też Wiedeń, żeby było bardziej głośno wybieramy greenway Szlak bursztynowy Kraków Budapeszt, jak się okazuje nie do końca istniejący
Szlak bursztynowy
Pierwsze schody w Krakowie, nikt nie wie, gdzie się zaczyna, gdy na niego trafiamy to przez godzinę jeździmy w kółko bo krzyżuje się 5 szlaków i nie wiadomo, który, który, Patrzymy na jego mapkę, i myslimy złapiemy go w następnym miasteczku, idziemy do informacji i nic nie wiedzą.
Decyzja: Walić szlak, jedziemy swoją drogą do granicy W Jablonko, czy coś takiego obok Chyżnego
Szlak jest spektakularny, naglę pojawia się, jesteśmy na nim, po czym równie nagle znika, prowadzi do centrum miasta i urywa się, szukanie go to prawdziwa przygoda, ale jest zimno i pada, a my jesteśmy zmęczeni
Na Słowacji nie istnieje. Na Węgrzech, już od granicy, jest najpiękniejszą trasą rowerową, jaką kiedykolwiek widziałem, wijący się Dunaj, wzgórza, parkim, ogrody i tak prawie do samego Budapesztu
W drodze
To miał być zwykły prymitywny wysiłek, taka rąbanka dla mięsni, co potrafię robić. Pogoda pokrzyżowała plany, pierwszego dnia robimy tylko jakieś 60km po wyjaździe z Częstochowy, bo zaczyna padać, jestem skrajnie wychłodzony, nie potrafię się zaadoptować.
Śpimy u kogoś w altance, za darmo oczywiście, żeby zejść z kosztów, postanowiliśmy pytać sie ludzi, czy nas przenocują, dadzą stodołe pozwolą rozbić namiot etc wprawę ma w tym Krzysiek,
Jest zimno ale dajemy radę, rano gospodarz jest zniecierpliwony, musi isć do pracy, a my idziemy na przystanek autobusowy, bo leję jak z cebra, godzina, dwie, strasznie się wychładzamy, desperacka decyzja- w drogę, dojeżdamy do najbliższego miasteczka
Biedronka naszym domem, bierzemy wrzątek robimy herbatę, jemy śniadanie, mała atrakcja turystyczna, próbujemy coś przejechać i robimy zaledwie 30 km
Wieczorem wódka z gospodarzem, zaprasza nas do siebie na kolacje i śniadanie, śpimy sobie w stodole 
Rano wyruszamy wciąż trochę siąpi i pada, zaczynają się góry, wyjeżdzamy z Olkusza, robimy 70 km prawie przyzwoity wynik, śpimy pod namiotem i to okazuje się być błędem, jest strasznie zimno, nie śpię budzę się w nocy, zmęczenie i moja umiarkowana klaustrofobia, robi swoje, zaczyna się psychoza
Wcześniej dostajemy krzesełka ogrodowe i udajemy, że jest fajnie i ciepło
W nocy krzyczę. Budzę się i nie mogę znaleźć wyjścia namiotu, znajduje i się uspokajam, boję się tego, że zabraknie mi powietrza, etc, nie mogę się uspokajać. W końcu wyjmuje nóż "w razie czego przetnę namiot" i spokojny prawie zasypiam z nożem w ręku 
Wyjeżdzamy szybko, jest zimno, robimy prawie 90 km i dojeżdamy pod granicę, mijamy Zawoje i to błąd, robi się ciemno, zimno, a my w niezliczonych serpentynach wspinamy się pod górę, jesteśmy wycieńczeni, podjazd ma parę km, gorzej jest na zjeździe, temperatura powietrza 2stopnie, odczuwalna przy prędkości 50km/h minusowa, gdy dojeżdamy na dół, jesteśmy skrajnie wychłodzeni, bierzemy więc sobie tani pokoik, 20 zł
Fajnie jest pobyć w cieple, przekraczamy granicę, i okazuje się, że szlak nie istnieje, spotykamy turystów, którzy podróżują w odwrotna stroną Holendrzy Wiedeń, Budapeszt Kraków i robimy 100 km, Słowacja jest piękna, bardzo piękna, dajemy się zmoczyć, jak para frajerów, świetnie unikamy dużego deszczu w małym jeździmy, mamy patenty:
Patenty: na buty foliowe reklamówki, na ręce, wełniane, a na nie takie żółte do zmywania
ponownie pensjonacik 200 koron, nie mamy nic do jedzenia, zjeżdżamy na dół do hipermarketu i wracamy
Kolejny dzień jest rekordowy, robimy 160 km kończąc na Węgrzech. Ale nie uprzedzajmy wypadków, czeka nas 60km gór, w tym jakiś Słowacki kurort, zimno, znaki, żeby tiry redukowały na 2, ograniczenie do 40, my robimy prawie 70, błąd, wyczepia się moja przyczepka. Strach. Na szczęście gotowa do dalszej jazdy.
Zaczyna się najciekawszy etap trasy, na Słowacji jeździliśmy poboczem, głównych dróg, 100 km zjazd, osiągamy ładne prędkości i tak na początku niesmiale mówimy skończmy dzień na Słowacji,
gdzies 50km od granicy, robi się ciepło, bardzo przyjemnie, widzymy po raz pierwszy słońce
granicę przekraczamy w Sahach, głownie ze wgzlędu na to, że Słowacy przed granicą są chciwi 300 koron to minimum w obskurnym zajezdzie dla tirowcow
10 km w głąb, aż zmęczeni rozbijamy się gdzieś na czyimś polu
Budząc się nie wiemy, jak wiele do Budapesztu, okazuje się, że dzień również rekordowy bo prawie 140km, Jest pięknie i ciepło, wyjechaliśmy z chmur. Węgrzy są super uczynni, ale trzeba mówić po angielsku, w centrum Budapesztu koło 18 całą noc jeździmy i zwiedzamy, o 5 rano pociąg,
Piękne i drogie miasto,
Zostawić Budapeszt
Bardzo ciężkie, Intercity, Budapeszt-Warszawa nie bierze rowerów, chcemy Budapeszt- Bratysława, ale okazuje się, że nie ma biletów
Zdesperowani jedziemy Budapeszt-Koszyce, później do Popradu i jeszcze jakaś miejscowosć
Postanawiamy rowerami przekroczyć granicę, na mapie wygląda to jak spacer, ale tak nie jest, brak snu i zmęczenie robi, swoje mamy 4h na 60km podjazdu, bo o 19 jest ostatni pociąg
gnamy co sił, mięśnie jadą na oparach, i tu pierwszy błąd tego dnia, mylą nam się drogi i robimy 12km za dużo
wciąż walczymy, jest pięknie i zimno, śnieg wysoko w Tatrach, przekraczym Łysą Polanę i chcemy jechać do Poronina, drugi błąd, wybieramy drogą do Zakopanego
Decyzja nocleg. Nie ma tego złego. Lansik na Krupówkach, świetny pub Cafe piano i spokojny sen