Skip to forum
Konkurs literacki 2...
 
Notifications
Clear all

[Closed] Konkurs literacki 2 - "Moja pokerowa historia"

11 Posts
2 Users
0 Reactions
6,406 Views

Witam wszystkich czytelników!

Nasz ostatni konkurs literacki pozostawił po sobie trwały ślad na naszym forum.

Napłynęło wiele prac i każda z nich była inna. Historie smutne i wesołe, prawdziwe i nie, wszystkie zasługiwały na uwagę i rewelacyjnie czytało się je przy porannej kawie.

Chcemy więcej, dlatego ogłosiliśmy nowy konkurs. Temat na opowieść jest teraz bardziej ogólny, możecie pisać o wszystkim, co jest choć trochę związane z pokerem - byle zaciekawić czytelników.

W tym newsie przeczytacie o warunkach konkursu i nagrodach dla najlepszych prac.

Piszcie i wysyłajcie swoje pokerowe historie na adres polish@pokerstrategy.com z dopiskiem "kocham pokestrategy.com" :)

Zapraszam do dyskusji na temat poszczególnych prac w tym wątku.


10 replies

Historia 1

Jesteśmy niewolnikami, niewolnikami w białych koszulach, krawatach, eleganckich butach.

Jesteśmy niewolnikami reklam, niewolnikami prac, które wykonujemy.

Jakiekolwiek zasady i wyższe dobra wymarły wraz z dinozaurami. W pogoni za pieniędzmi – najtrafniejsze określenie społeczeństwa.

„Opakowani w folię” – tymi słowami Leszka podsumuję ludzkość XXI wieku.

Pośród nich ja – szary człowiek, zwykły zjadacz chleba, bez ambicji, bez marzeń – tak określany przez otoczenie. Dziękuje za bycie niewolnikiem, stworzyłem własny reżim, własną ideologię, własny złoty środek. Reżim pana Adama. Bez podziałów, bez przywilejów, mierzyć wszystkich jednakowo. Chorych, zdrowych, bezrobotnych stojących w kolejce po zasiłek, panią w okienku, dekarza, murarza, lekarza, managera, wszystkich bez wyjątków. Kim więc jestem ja ? Utożsamię się z Żeromskim, a konkretnie z jednym z jego cytatem – romantyk w czasach realizmu. Na szczycie hierarchii wartości – wolność. Tu przechodzimy do sedna sprawy – poker – właśnie on sprawia, że jestem wolny, tu mogę w pełni rozwinąć skrzydła i poczuć muśnięcie niezależności, autonomii. Jestem zdany na siebie, skupiam się na sobie, podoba mi się to – pomyślicie egocentryk. Chyba tak. Wolność, a zarazem z drugiej strony pieniądze, które również stoją na szczycie drabiny wartości – oczywiście nie u mnie. Grają by zarobić, by mieć więcej, więcej, więcej, by móc kupić kolejne niepotrzebne gówno.

Mądrzy ludzie przestrzegają przed nowymi krokami, ale jak smakuje wspomnienie o nich ?

Warto zrobić krok w przód, choćby grunt był niepewny.

Czas rozwinąć żagle. Poker pełną gębą. Wieczór, późno, bardzo późno.

- Witamy.

- Serdecznie witam – tfuu, przestań pierdolić, zastanów się co mówisz, ‘serdecznie’? Racja, to tylko pusty slogan, kolejny. Gadam z samym sobą, w sumie co mam począć skoro nikt mnie nie rozumie.

- Przyszedł Pan się dzisiaj odegrać ? – ironia unosiła się w całym pokoju.

- Pożyjemy, zobaczymy.

Trzymam się dobrze, trzecia godzina turnieju, a ja jeszcze nie muszę wracać do domu. Realne szanse na sukces. Czymże w tym wypadku jest sukces? Wychowali nas tak abyśmy wierzyli, że pewnego dnia będziemy milionerami, gwiazdami filmu albo rocka. To chyba sukces, nie wiem, kurcze, zauważyłem ostatnio, że w ogóle mało wiem. Jak w każdej grze, walczy się o zwycięstwo, o przetrwanie, ot taki pierwotny instynkt. Przegrywam. Nic nowego, czuję się jednak dobrze, czuję, że po raz kolejny nie zależy mi na pieniądzach, wychodzę z uśmiechem na twarzy.

Mijam bloki, slumsy, obdarte kamienice, odczuwam błędny wzrok degeneratów. Nie boję się, za dużo widziałem i przeżyłem żeby się bać. W końcu hymn jazzurekcji, to żyć i się nie bać. Jedyny strach to strach przed jutrem. Nadejdzie i przeżyje kolejny dzień w tym domu wariatów, czy nie nadejdzie i uwolni mnie od rzeczywistości. Traktują mnie jak upośledzonego, który posiada własny świat i kolekcję znaczków.

- Wyskakuj z pieniędzy.

Pięknie. Pomyślałem. Tego brakowało, spłukany, ale takiemu nie wytłumaczysz. Pierwszy cios spadł na policzek. Upadłem, dobrze trafił, bolało, kolejny cios świetnie zablokowałem szczęką. Krew, sporo krwi, zamroczony obrywałem, grad ciosów, na brzuch, twarz, głowę. Kurwa, tracę przytomność, może trafi raz a porządnie i mnie od wszystkiego uwolni. Nie. Jak na złość. Nawet przytomności stracić nie potrafię, jestem tragicznym losem Adama.

Odszedł. Wraz z resztkami mojej świadomości. Zmęczenie, pomimo bólu wzięło górę. Doczołgałem się tylko do ławki na przystanku i usnąłem.

Dzień nocne tajemnice burzy.

Poobijany wróciłem do domu – jeżeli domem można nazwać 2 pokoje z ubogim, co ja mówię, bez wyposażenia. Po raz kolejny dotknęła mnie rządza pieniądza. Skurwiel ten banknot.

Jazz i alkohol pozwalają zapomnieć o wczorajszej nocy.

Monotonia, monotonia, monotonia. Dziś znowu pójdę na pokera, dziś znów będę wolny.

Coś się po tej nocy zmieniło, coś. Nie wiem co. Czuję to.

- Witamy.

Znowu, kurwa, znowu to samo. Ta sama gęba, te same slogany. Rzuciłem pieniądze na stół i wszedłem dalej. Do krainy wolności.

Do startu, gotowi, start !

Dziś jednak grałem z zaangażowaniem, nie było mi obojętne, chciałem wygrać. Tak. Wyraźnie chciałem wygrać. I wygrałem. Tylko co wygrałem? Pieniądze, a przyszedłem poczuć się wolnym. Przynajmniej coś nowego. Wróciłem do domu. Padłem.

Leże, wkoło stos pieniędzy, pławię się, pływam w morzu dolarów, uśmiecham się, śmieję, coraz głośniej i głośniej, szyderczo. W porę się obudziłem. Zimny pot zawitał na moich skroniach.

Dziś też poker, ta sama godzina, ten sam budynek, te same mordy. Drugie miejsce. Znowu przypływ gotówki. Wygrałem, a zarazem porażka, ogromna. Uświadamiam sobie, że świat mnie wchłania, pożera. Czułem, że grałem dla pieniędzy, nie dla wolności, nie dla przyjemności. Niezależność umarła. Z jednej strony chciałem pieniędzy, z drugiej wiedziałem, że to nie to czego potrzebuję.

Nie dam się wciągnąć w tą chorą grę, umrę lekko zainfekowany. Nie podołałem. Mam nadzieję, że uda Wam się zawsze i wszędzie kierować swoją ideologią, że pieniądz będzie dodatkiem do marzeń, a nie celem.

Stoję nad przepaścią. Granica między rzeczywistością, a wieczną wolnością to osiem pięter. Jestem świadom swojego czynu, widzę jak żyje społeczeństwo. Jestem zmarnowanym życiem Adama.


Historia 2

Poker, czym dla mnie on jest, czym on dla mnie być może? Historią życia, przyszłością, teraźniejszością, przyszłością? Kto wie – ja nie. Zacznijmy od początku.

Od kiedy pamiętam zawsze w coś grałem. Czy to gry planszowe, komputerowe, karciane albo piłka nożna było mi wszystko jedno. Jedyne czego pragnąłem to rywalizacja. Ze znajomymi, nieznajomymi, z samym sobą…

Kiedy byłem szkrabem (taki mały jąkała co, jak twierdziła pani laryngolog, zbyt szybko myśli a za walno mówi) były to bierki, warcaby, czy też inne z cyklu pożal się Boże.

Etap przedszkola spędziłem na codziennej partyjce szachów z naszą przeuroczą sąsiadką. Prawda jest taka, że w przedszkolu wytrzymałem zaledwie tydzień… Pewnego razu wróciłem z przedszkola z 8 szwami na czole, od tego czasu zamiast w przedszkolu czas do powrotu rodziców z pracy spędzałem grając w szachy z panią Świątkową.

Racja! O mało nie zapomniałem! Cała ta obsesja rywalizacji zrodziła się we mnie z jednego powodu… miałem brata - 11 miesięcy starszy… nienawidziliśmy się od kiedy pamiętam, przynajmniej wszystko na to wskazywało. On podobny do ojca - ja do matki, on pulchniutki – ja chucherko, on zawsze miał coś do powiedzenia – ja też… ale zanim to wyjąkałem to już nie było komu słuchać. Co dzienne bitwy zaczęły się jak tylko byłem wstanie ustać na nogach trochę dłużej. Robiliśmy wszystko by uprzykrzyć sobie życie nawzajem… zostało tak do dziś ale to temat na inną okazję. Koniec dygresji.

Szkoła podstawowa –przedziwny okres życia. Przeprowadziliśmy się w wakacje i nie znałem prawie nikogo z tej miejscowości. Szybko jednak załapałem trochę znajomości. Wychodząc naprzeciw mojej potrzebie rywalizacji zorganizowałem ligę piłkarską wśród znajomych z klas 1-3. Mieliśmy cztery sześcioosobowe drużyny, graliśmy każdy z każdym po 4 razy w trakcie jednego sezonu. Zrobiliśmy nawet zrzutkę i kupiliśmy w sklepie sportowym puchar – w końcu trzeba o coś grać, czyż nie? Puchar był przechodni do czasu aż któraś z drużyn zdobędzie go 3 razy z rzędu. Jakby tego było mało wraz z najbliższymi przyjaciółmi spotykaliśmy się na grze w karty. Graliśmy w remika i tysiąca na punkty z tym, że każdy punk u nas oznaczał 1 grosz na rzecz zwycięzcy.

To właśnie były początki mojej gry w karty na prawdziwe pieniądze może jeszcze nie poker ale już coś. Fanami tzw. Remika byli też moi rodzice i chrzestni często grali razem, a ja z nimi. Za każdą wygraną dostawałem 10zł – dla mnie majątek. Więc grałem chętnie…

Raz, dwa trzy i po podstawówce! Przyszedł okres gimnazjum i moje upodobania karciane ewoluowały, pewnego razu na kółku fizycznym pani przyłapała nas na grze w karty, wyśmiała naszego remika… „Jeśli musicie już w coś grać, to lepiej w brydża” oczywiście zgodziliśmy się z nią i zaczęliśmy nalegać by nas nauczyła. Obiecała nas nauczyć gdy dostaniemy się do finału olimpiady z fizyki… Swoje zrobiliśmy i od tej pory nasze kółka fizyczne zamieniły się w ukrytą przed wzrokiem pani dyrektor naukę brydża…

Asy, punkty, odzywki to jak nauka kolejnego języka. Zawsze mi to przychodziło łatwo więc i tym razem podołałem.

Teraz przyszedł czas na liceum i powrót do korzeni – szachy zaczęły królować na przerwach i partyjki brydżowe z fizykami w wolnych chwilach.

Expected Value to chyba najważniejszy termin jakiego nauczyłem się w liceum. Rozpoczął się okres studiowania Teorii Gier i początek miłości do pokera – właśnie wtedy usłyszałem o Texas Holdem. I wszystko potoczyłoby się tym torem…

Gdyby nie to, że jakimś przypadkiem zakwalifikowałem się do Ogólnopolskiej olimpiady lingwistycznej stamtąd na międzynarodową olimpiadę lingwistyczną. W Estonii poznałem prześliczną Bułgarkę i zapomniałem o niedawno odkrytym poksie.

Yyyy… jak to zwykle bywa rozstaliśmy się. Postanowiłem wrócić do Polski jakieś studia rozpocząłem na chybił trafił – po roku zmieniłem w między czasie ktoś polecił mi pokerstrategy.com więc się zapisałem… i zapomniałem…

. Tak dobrze widzicie KROPKA tutaj by się wszystko skończyło gdyby nie to, że wróciłem do swojego drugiego zamiłowania piłki nożnej. Regularnie grywając ze znajomymi często rozmawialiśmy o duperelach, aż tu znów pojawiła się nazwa pokerstrategy.com i wszystko do mnie wróciło.

Chcąc spróbować swoich sił próbowałem odnaleźć mój login i hasło do tej stronki. Był to kłopot ale się udało i jestem tu z Wami!

Oczywiście szybko zgarnąłem swój bonus powitalny, zacząłem grę równolegle z nauką. W miesiąc 50$ zamieniłem w 215$ grając FL przerzuciłem się na NL i tak jakoś sobie leci.

Mam nadzieję, że choć jedna osoba dotrwała do końca tej nudnawej historii. Pozdrowienia dla całego pokerstrategy.com!


Historia 3

Biały Szlak - Czarny Weekend

Wróciłem z pracy niezwykle zmęczony po całym tygodniu szykowania się na kontrolę Warszawskiego ważniaka, który dzięki mojej pracy może siedzieć sobie w biurze popijając kawkę i gapiąc się w monitor, wymyślając coraz to nowsze modernizacje naszej korporacji. Zapewne wyrusza na kontrole w teren kiedy na jego koncie bankowym znika jedno 0.

Ale zmęczenie nie mogło mi przeszkodzić w tak wspaniałym weekendzie, typowo pokerowym. Miałem zamiar rozegrać 30-ego Weekly Silver Freeroll, 31-ego event Mistrzostw Polski by Everest no i Monthly Gold Freeroll. Brakowało kilku podstawowych rzeczy – zapas kilku piwek i coś co zaspokoi wilczy głód. To jednak nie stanowiło większego problemu, uporałem się z tym w mgnieniu oka.

„Tak jest to będzie mój weekend” – Kobieta wyjechała do mamusi, no nie może być lepiej, tym bardziej, że klika dni wcześniej ugrałem 320$ w turnieju na Everest.

Pierwsze piwo wyjaśniło wiele, no i ustaliło chyba nowy rekord picia piwa... i snu przy okazji. Około godziny 17 kapsel strzelił o sufit (kocham strzelać kapslami piwa przy wykorzystaniu zapalniczki) pierwszy łyk, pierwsze chwile pięknego weekendu ............................................ kolejny łyk .............. ehm o 4 nad ranem. Nawet nie pamiętam co mi śniło.

No nic cóż tam Weekly Silver Freeroll, po to walczyłem o Gold Status, aby raz w miesiącu powalczyć o jakiś zastrzyk do mojego rolla, a przecież Monthly dopiero przede mną. Czas skupić się na Mistrzostwach. Szybkie przewertowanie artykułów z pokerstrategy.com no i już jestem gotowy.

Przed mistrzostwami miałem spotkać się z chłopakami z forum pokerstrategy.com, jakieś piwko „na odwagę”. 10:00 Łódź Piotrkowska to koordynaty naszego spotkania, które niestety zmieniły swoje najważniejsze wartości czyli czas, no ale skorzystałem z tego wpadłem jeszcze na mała kontrolę do pracy i po kawkę. Długo jednak nie musiałem czekać, Shovi i Korczu wstawili się o 10:37. Skoczyliśmy na piwko, które wypiłem chyba za szybko... ponieważ kolejne etapy rozmowy musiałem wpatrywać się łapczywie na towarzyszy, którzy oszczędnie, a za razem strategicznie pili swoje złote płyny.

Nadeszła godzina ruszenia w drogę. Cel Ośrodek Prząśniczka, czyli gdzieś gdzie nikt jeszcze z Łodzian nie dotarł. Postanowiliśmy dojechać jednak tam środkami komunikacji miejskiej. Co prawda przed wyjściem z domu spojrzałem w mapę, ale to przecież Shovi miał dokładnie zaplanowany dojazd, więc pozostawałem spokojny, aż do słów naszego niedoszłego przewodnika : „ Chłopaki zapomniałem gdzie mamy wysiąść”.

Już w tramwaju korczu zadzwonił do kumpla, który spojrzał na mapie co gdzie i jak... jedna z pań siedzących nieopodal sprytnie podsłuchała rozmowę telefoniczną Shoviego i poczęła tłumaczyć nam gdzie mamy wysiąść. Wystarczyło powiedzieć na końcowym przystanku, pani najwidoczniej była wybitną polonistką, ponieważ tłumaczyła nam całą drogę tramwaju lini 3.

Mieliśmy już 2 wersje miejsca wysiadki, wybraliśmy jednak wersję polonistki. Po dotarciu na miejsce drugi etap szukania Prząśniczki rozpoczął się z impetem. Chłopaki skoczyli do sklepu po jakieś kalorie i napoje. Ja w tym czasie otrzymałem od kilku emerytów (zapewne emerytowanych pokerzystów) szczegółowy plan trasy do naszego celu: „Panie tam prosto będzie w lewo, ale wy w lewo idziecie jak będzie parking po prawej, potem będzie staw, potem drugi przez most i będziecie na miejscu” Proste prawda? Ruszyliśmy wcinając batony.

Po lewej mieliśmy las, po prawej las. Idąc wciąż przed siebie minęliśmy ścieżkę w las, zażartowałem, że pewnie tutaj. Żart trafił idealnie pośmialiśmy się, jednak śmiejąc się jeszcze spojrzałem w prawo, i ujrzałem coś co przypominało parking. Skręciliśmy więc w ów ścieżkę leśną. Idąc przez las nasza ścieżka robiła się coraz mniejsza. Teraz myślę, że musieliśmy wyglądać podejrzanie, trzech facetów w niedzielne przedpołudnie spacerują po lesie. Skręciliśmy kilka razy to w lewo, to w prawo, aż zobaczyliśmy prześwit w gęstym lesie mniemając, że jest to staw. Doszliśmy do wniosku, że poker to zło i to wielki hazard i śmiałkowie, którzy chcą pograć muszą chować się w lesie. Jednak największe pretensję mieliśmy do Everest – mogli napisać, że aby dojść do Prząśniczki wystarczy kierować się białym szlakiem turystycznym. Tak, tak całą drogę jaką przeszliśmy od wejścia w las zdobił co jakiś czas biały pasek na pniu. Wreszcie doszliśmy do stawów, ostatnia przeprawa do mostek dzielący dwa stawy i o to jesteśmy.

Spotkałem wielu znajomych z pokerowego Łódzkiego światka pokerowego live. (...)

No nareszcie usiadłem do stolika... gdy wszyscy gracze zajęli już swoje miejsca jedyne co sobie pomyślałem to słowo, którego nie wypada tu wymawiać. Prezes jakiejś organizacji pokera, laseczka, która walczyła dzielnie w Unibetach no i mocny cashowiec, z którym kilkakrotnie grałem turnieje live. No gorzej nie mogłem trafić. Ale walczyłem. Co do tej pięknej Kobiety, która siedziała przy moim stoliku... hmmmm zakochałem się. Dzieło Boskie... może gdyby mój bankroll był większy coś tam bym zagadał. Jednak po jej pushu z 75s, szybko się odkochałem. Po pierwszej przerwie zmienił się rozdający na moją szczęśliwą rozdającą. Szybko na ów szczęście nie musiałem czekać dostałem AA. Wspaniale bo jeden z przeciwników przez 20 rozdań miał 100% win. Przy moich AA też zagrał 4BB, ale został 3Betowany, sprawdził ale już po moim uderzeniu w pulę, spasował... teraz?? Dlaczego?

Po czwartej godzinie dalej siedziałem na około 13k żetonów, i tu pięknie na CO dostaję TT, postanowiłem rozegrać to agresywnie. SB – prezesik CALL, BB – jakiś niegroźny koleś CALL. Floop T84 suchutko, każda piękna karta w innym kolorze. Wspaniale!!! SB i BB sprawdzają, chciałem zagrać all-in bo mój stack miał podobną wartość do puli. Ale wpadłem na pomysł, że obaj mnie nie znają i zagram tu donka. Wrzuciłem ¾ swojego stacka. SB – fold, a tu nagle BB all-in!!! Szybka analiza kolesia – “ma JJ,AT,88”. Z radością dorzuciłem resztę żetonów, bo przecież o to mi chodziło. A tu koleś pokazuje 97. Nie wiem co robił na floopie, wiedziałem jedno jest cienko. Nie pamiętam jaki był turn, nie był ważny ale river to 6!

Chyba nie trzeba wyjaśnień. W super szybkim turnieju drugiej szansy AK, AJ przegrane. Wypiłem piwko, spojrzałem jeszcze na piękność, szepcąc w duchu – „może chociaż Ty mnie pocieszysz” Pożegnałem się z Korczem, który jeszcze walczył. I ruszyłem do domu, na szczęście inną drogą. Przecież miałem jeszcze Monthly Gold Freeroll na 888. Stwierdziłem doszedłem na przystanek, ale stwierdziłem, że jednak Taxi będzie lepszym pomysłem. Nie pytajcie ile zapłaciłem. Jak mi koleś powiedział ile chciałem uciekać. No ale przecież zaraz wygram chociaż 175$. Odpaliłem kompa, i platformę 888 oczekując. Przy okazji odpaliłem sobie jakieś sitki, na everest. Nastąpiła godzina mojego Goldena. Jednak nie odpalił się, myślałem, że muszę ręcznie. I Tu... gdybym miał 17 lat to bym zaczął płakać, beczeć nie wiem, MÓJ MONTHLY GOLD FREEROLL BYŁ 30!!!!

I tak to właśnie spędziłem biało-czarny weekend, który miał być taki wspaniały !


Historia 4

Był pochmurny poniedziałkowy poranek, nie padało, ale zanosiło się na to. Niebo trochę ciemniejsze, a godzina wczesna, dochodziła trzynasta. Ja, dwudziestokilkuletni i przystojny student Akademii Wychowania Fizycznego… kierunek zarządzanie, właśnie wybierałem się na swoją uczelnie. Lekko niewyspany, gdyż niedzielny wieczór został poświęcony na grę w pokera do późnych godziny oraz na oglądaniu fascynujące widowiska, jakim była Wojna Domowa, inicjatywy PokerStrategy.com w której sam brałem udział.

Byłem już w banie (tł. Tramwaj), gdy zadzwonił telefon. Niepośpiesznie odebrałem:

- Co tam? – Rzekłem elokwentnie do dzwoniącego znajomego.

- Nie masz ochoty na turniej pokerowy dzisiaj – zapytał.

Głupie pytanie, pomyślałem. Przecież wie jak mnie to ciągnie, idiota skończony.

- No, dlaczego by nie – udałem nie zainteresowanego i lekko znudzonego – Gdzie? I o której?

- O 15:30 wyjeżdżamy, zapatrz się w korony. Jedziemy do Ostrawy

Przez krótką chwile w moim mózgu był bałagan, jak w damskiej torebce. Bodźce do mnie nie docierały, jednym słowem, warzywo. Nie wiedząc, co powiedzieć, rzuciłem. –He?

- No jedziemy do Czech na turniej, jak nie pójdzie to idziemy na cash. Browary są za darmo, późnym wieczorem wchodzi ciepła płyta.

Brzmiało zachęcająco. Piwo, jedzenie i poker. Czy można wyobrazić sobie coś piękniejszego?

- No dobra jadę. Ile muszę mieć hajsu – zapytałem orientacyjnie. Wiedziałem, że więcej niż 50zł nie mam zamiaru przeznaczyć na ten spontaniczny wypad. Po chwili głuchej ciszy kumpel odezwał się.

- Ile chcesz. To jest freeroll, jednak rebuy wynosi sto koron, add-on również. A co do cash’a to zależy ile chcesz wydać. Będą dwa stoły… - mówił jak nawiedzony, prawie bez przerw. Przy słabej akustyce, w końcu byłem w tramwaju, musiałem nieźle się skupić, aby to zapamiętać – … 5/10 oraz 10/20. Ja biorę trochę więcej, bo idę na ten drugi.

Pomyślałem spoko sprawa, jak na pierwszy raz można spróbować.

- Dobra, coś wezmę – rzekłem – To do zobaczenia – po tych słowach się rozłączyłem. Pozostało mi wysiąść na najbliższym przystanku i jak najszybciej wrócić do domu.

Po zakupie koron, tylko dwieście (trzydzieści dwa złote), wróciłem do domu. Zjadłem szybki obiad, spakowałem się i ruszyłem w wyprawę z planem wygrania tego freeroll’a inwestując jak najmniejszy kapitał, jeden rebuy i jeden add-on maksymalnie. Cash’a postanowiłem odpuścić, nie wiedziałem jak bardzo się myliłem. W drogę zabrało się jeszcze dwoje znajomych. Jeden w moim wieku, drugi w wieku mojego ojca. Tak, więc towarzystwo doborowe. Po dwóch godzinach drogi, w moim wypadku dwóch godzinach snu, dotarliśmy do Ostrawy. Szybko udaliśmy się do kasyna, gdzie postanowiliśmy skonsumować posiłek i wypić piwo.

Nie wiem czy zauważyliście, ale piwo w Czechach leją strasznie długo. Nie tak jak u nas. A to dlatego, że oni nie leją go po ściankach kufla. Dodatkowo, piana jest tak gęsta, że można w nią wsadzić wykałaczkę. Spróbujcie to zrobić z Tyskim bądź innym lanym, polskim piwem.

Po posiłku zapisaliśmy się do turnieju, na starcie pojawiło się aż 72 gracz, z czego 68 to byli Czesi. Struktura turnieju wyglądała na turbo. Stack początkowy 2000, pierwszy poziom blindów 25/50, następny po 15 minutach 50/100, następny 100/200 i tak dalej. Przerwa co trzy poziomy blindów. Ja wylosowałem stolik numer 3, los jednak chciał, że dwójka znajomych musiała grać na jednym, ach te szczęście. Początkowe rozdania nie przyniosły akcji w moim wykonaniu, jednak zauważyłem, że stolik jest dość słaby. Jeden gracz się wyróżniał, przez co szybko się podwoił, a potem potroił. Ale mając AA i AK na ręce to nie taka trudna sprawa. Pierwszą grywaną rękę dostałem na drugim poziomie blindów. Były to dziesiątki, short na UTG wysypał się mając 7blindów. Ja mając ok. 17 postanowiłem izolować moim pushem. Niestety miałem chip Lidera po lewej, który po długim namyśle sprawdził nas obu. Moje TT musiało rywalizować z 99 shorta i AQo chip lidera. Krupier rozłożył trzy karty i już wiedziałem, że mam nikłe szanse na wygraną: AQ3 turn 6 i river 8.

Szybko, wraz z shortem, wzięliśmy rebuy’a i znów miałem 2000 w stacku. Niestety zero rąk startowych, gdy już dostałem AJs to miałem 10 dużych ciemnych, bo blindy wzrosły. Nasz short, znów spadł po jakimś pechowym rozdaniu i miał tylko 6 blindów. I w tym rozdaniu znów powiedział to magiczne słowo:

- All In – ja po chwili zastanowienia i strasznych wcześniejszych rękach postanowiłem mu odpowiedzieć.

- Me All In too – nikt inny nie sprawdził i moim oczom ukazała się jego ręka, KJo. Uśmiechnąłem się w duchu, a on zaklął po czesku. Pojawił się flop, nie pamiętam już jaki, ale nie było ani Jacków, ani Asów, ani Króli, na razie. Turn spadł straszny: Król. W tym momencie ja zakląłem, natomiast river już mnie pogrążył w czarnej rozpaczy gdyż pojawił się trzeci Król i zostały mi cztery blindy.

Z pierwszym turniejem live odpadłem chwilę później pushując T9s.

Lekko załamany i niepocieszony odpadnięciem, poszedłem oglądać zmagania znajomych. Jeden odpadł jeszcze przede mną, ten który do mnie dzwonił, jak sam powiedział:

- Grałem zbyt loose, ale to dlatego że chciałem iść na cash – taa, oczywiście. Jesteś po prostu słaby, pomyślałem Kolejny odpadł po przerwie, oddając żetony naszemu najstarszemu znajomemu. Tak, więc w turnieju pozostał „tatuś”, bo tak go nazywaliśmy, a my udaliśmy się po piwo. Ja postanowiłem oglądać walkę ostatniego turniejowca, a pozostała dwójka poszła na stoliki pieniężne. Po ponad trzydziestu minutach i ostatni znajomy odpadł. Push QTs nadział się na AK i niestety przeciwnik trafił tripsa Króli, w tym dniu one rządziły na stołach. W międzyczasie kończyłem trzeci piwo i o dziwo nic mi nie było. W czeskich piwa, cena jest adekwatna do ilości procentów, a więc im niższa cena tym mniej procentów. Dziś piwa były za darmo.

Na zegarku dochodziła już 20:30 a ja nie miałem grosza w portfelu, dodatkowo dwóch znajomy, „tatuś” i kolega, który mnie wyciągnął do tego kasyna, grali żwawo cash. Trzeci kolega, po dwudziestu minutach gry na stawkach 10/20 stracił tysiąc koron i zrezygnował z dalszej walki i przystąpił do nowej, piwnej. Tu szło mu zdecydowanie lepiej, bo przeciwnicy odpadali jeden za drugim. W tym momencie miał już czterech rywali za sobą. Ja lekko znudzony i podchmielony postanowiłem wykonać ruch, nie był on może najszlachetniejszy, ale zawsze coś. Pożyczyłem dwieście koron od „tatuśka” i zasiadłem do stolika 5/10 mając aż 20 ciemnych, było to istne minimum. Celem była gra dla zabicia czasu, jednak po chwili narodził się inny cel, wyższy.

Po swojej lewej zasiadł bardzo wygadany Czech z dużą ilością pieniędzy, pięć razy więcej ode mnie. Widać było że chce grać swoimi pieniędzmi i wygrywać szybko kolejne. Dodatkowo nie lubił Polaków, gdyż za każdym razem, gdy wchodziłem do gry, on jak najszybciej próbował mnie z niej wyrzucić. Przez większość czasu udawało mu się to, do momentu…

W ręku pojawiła się moja ulubiona ręka: 77. Po dwóch limpach na wcześniejszych pozycjach, ja z CO również postanowiłem zlimpować. Widząc moje zagranie, Czech podbił do 25 i dostał trzy sprawdzenia ode mnie również. Krupier odsłonił flop: A T i 7 rainbow. Limperzy przeczekali, ja również gdyż wiedziałem, że Czech odwali jakąś szopkę, nie bywałe było moje zdziwienie, gdy ten również przeczekał. Pojawił się turn: 4 dla mnie blank. Limperzy znów przeczekali, ja już nie mogłem, musiałem budować pule. Podbiłem za ½ puli a Czech momentalnie podbił o dwukrotności puli. Limperzy jak szybko sprawdzali, tak szybko zrzucili karty. Ja po krótkim namyśle, postanowiłem wrzucić całą swoją gotówkę na stół, łącznie prawie dwieście koron. Przeciwnik zrobił snap call i z ogromnym uśmiechem pokazał mi AT. Ja z jeszcze większym pokazałem mu mojego seta „kos”, nie spodobało mu się to jednak trzymał fason, nie długo. Na river spadła kolejna 7 i Czech musiał obejść się smakiem polskiej kapusty. Miałem już czterysta koron i zacząłem agresywniejszą grę, steale, luźniejsze podbicia i tak po kilku rozdaniach miałem pięćset koron. Następne rozdanie dla tej batalii Polsko-Czeskiej było kluczowe i odmieniło cały wieczór. Na pozycji BU dostałem A4s w pikach. Gdy kolej przyszła na mnie, już było trzech graczy w puli, Ja, Czech i duży blind również dorzuciły odpowiednie ilości żetonów. Krupier ponownie pokazał trzy karty, tym razem: Th 8c i 7c. I już w mojej głowie załączyły się trybiki i wyższy poziom pracy umysłowej, w końcu miałem nutsowy flushdraw. Blindy przeczekały. Gracz z UTG podbił o połowę puli, kolejni dwaj spasowali a ja postanowiłem wykonać reraise o trzykrotność wartości podbicia. Agresywny Czech sprawdził, duży blind odpadł a agresor sprawdził. Pojawiła się karta Qc i już miałem nutsa. Wszyscy postanowili poczekać i na river spadła idealna karta: 9 i tu zaczęła się burza. Gracz z UTG podbił za połowę puli, ja przebiłem go stawiając na All in’ie a Czech wszedł za wszystko. UTG po krótkim namyśle sprawdził a mnie nie zostało wiele do zrobienia, również wszedłem za wszystko. Czech z uśmiechem pokazał KJs w pikach. UTG pokazał AJ jednak jego strit był mało warty. I na koniec ja i mój nuts flush. Gdy Czech sięgał po pule ja odsłoniłem karty i zabrałem łącznie tysiąc dwieście pięćdziesiąt koron i z szerokim uśmiechem oraz grymasami za swoimi plecami, odszedłem od stołu. To była moja pierwsza wysoka wygrana tego dnia. Następna nastąpiła kilka godzin później.

Zadowolony z sukcesu, oddałem dwieście koron koledze i po wypiciu kolejnych dwóch piw w nie lada humorze postanowiłem zagrać na stoliku 10/20 wpłacając pozostałość mojej wygranej, czyli tysiąc pięćdziesiąt koron. Pierwsze rozdania nie przynosiły sukcesów, wahania środków wynosiły dwieście koron na plus bądź na minus, do momentu. Po około dwóch godzinach gry zdecydowałem się na pierwszy staddle. Aż czterech graczy mnie sprawdziło i gdy przyszła moja kolej zobaczyłem AJo i postanowiłem mocno podbić, zagrałem za dwieście, pozostawiając sobie przeszło dziewięćset koron. Dostałem dwa sprawdzenie, gdyż nie uwierzono mi w moją siłę. Krupierka, tak kobieta, do tego bardzo ładna, odsłoniła trzy kart: J 5 4 rainbow. Postanowiłem przeczekać, kolejny gracz również jednak następny zabetował za ¼ puli, dołożyłem i zrobił się pojedynek jeden na jeden. Na turn spadł A i już wiedziałem, że tego rozdanie nie przegram, znów postanowiłem przeczekać, przeciwnik również. Na river spadła jakaś karta, dobrze już nie pamiętam i postanowiłem zagrać za połowę swojego stack’a czyli czterysta koron, rywal szybko postawił mnie na All in’ie, a ja bez namysłu sprawdziłem. Czech, bo jak wcześniej pisałem Polaków było tylko czterech, pokazał dwie pary Asy na 5 jednak było to za słabe na moje AJ i miałem już przeszło dwa i półtysiąca koron. Powinienem już wtedy zakończyć grę, jednak nie zrobiłem tego i to był mój błąd.

Po kolejnych kilku godzinach zgromadziłem około trzech tysięcy koron, gdy mój znajomy postanowił zagrać za wszystko przed flopem mając tysiąc trzysta koron, to nie było nic nowego w jego zagraniu, robił już tak wcześniej pokazując 66 oraz JTs. Nie miałem zamiaru go sprawdzać jednak znalazłem American Airliness. Tak pierwsze Asy tego dnia. Zrobiłem instant call i usłyszałem.

- Kumpla chcesz okraść? – Zapytał dość ironicznie. Wiedział, że wyznaje zasadę: „Przy stole nie ma kolegów” I tak po chwili pokazał co ma. Była to moja ulubiona ręka: 77 Na ten widok lekko się uśmiechnąłem i pokazałem AA. Na stole zapanował gwar i poruszenie, bo w puli już było przeszło dwa i pół tysiąca koron. Krupierka ukazała karty i mój uśmiech znikł: 7 4 2 Set z pierwszej karty, to nie mogło się zdarzyć!

- Kurwa! – Zakląłem głośno a kumpel już skakał z radości. Następne karty nie przyniosły zmian, Król i 8. Tak więc straciłem tysiąc trzysta koron z Asami i po tym rozdaniu postanowiłem zrezygnować z dalszej gry i przyłączyć się do potyczki piwnej. W tym momencie kolega, strasznie szarpał się z ósmym rywalem, z odległości wyglądało, że przegrywa tą walkę. Ja po kilku następnych piwa, więcej nie pamiętam i ocknąłem się w drodze do domu. Mając w portfelu tysiąc czterysta koron, nie mam bladego pojęcia gdzie podziało się trzysta, wracałem zadowolony i pijany do swojego szarego życia.

Wycieczka do Ostrawy z pewnością zostanie powtórzona, jednak czas będzie trudny do określenia. Na sto procent nie będę tyle pił. Mam nadzieje, że historia się podobała. Po części oparta została ona na faktach.


Historia 5

Od zawsze lubiłem rywalizację. Nie tolerowałem forów, przymykania oczu, sportowego utylitaryzmu i zabawy grą. Wtopiłem się teraz pewnie w wizerunek zadziornego walczaka, który każdym krokiem i ruchem ręki musi udowadniać sobie i innym swoją wyższość i wspaniałość. To nie tak. Gdy miałem dziesięć lat, grywałem z rówieśnikami w „Fortunę” – starszą i uboższą medialnie siostrę „Monopoly”. W swoim mniemaniu byłem wybitnym strategiem i diamentem matematycznego myślenia, który posiadł niedostępną prostym umysłom wiedzę na temat wartości ciemnozielonych parceli z Hotelem Intercontinental i opłacalności stawiania tam plastikowej wioski w nadziei na odwiedziny przeciwników i ich pieniędzy. Tylko… kostka toczyła się nie tak, jak sobie tego życzyłem. A rzut nią to już czysty hazard. W każdym razie – zawsze grałem rozważnie, bezpiecznie i odważnie zarazem, podczas gdy rywalki – koleżanki mojej siostry – kupowały co popadnie, uzbrajając parcele do pełna w chwilę po skompletowaniu zestawu danego koloru. I teraz najlepsze: w chwili, gdy wypłukiwały się z dukatów, a ja stałem pewnie, ogłaszały „bezzwrotne pożyczki bankowe”, bo przecież „one już nie mają pieniędzy”. Wtedy protestowałem w mniejszości, z wiekiem zacząłem omijać takie dziecinady; omijać gry o uznanie, przekonanie, o pietruszkę. Stawka determinuje grę. Bez stawki gra staje się zabawą, a ja już jestem za duży na zabawę.

Oszustwa? To zależy… Nigdy nie poświęcałem czasu, który mógłbym przeznaczyć na pokerową edukację, na mozolny trening szybkości dłoni i iluzjonistycznych wręcz sztuczek dających przewagę. Nie, Nowickiego wolałem podziwiać przez szybkę, pomny tego, jak skończył. Gdyby poker był grą hazardową, a ja, głupi, zanurzyłbym się w niej jak w wieczornym ukojeniu jeziora po całodniowej, letniej harówie, wtedy szukałbym z pewnością jakiegoś edge, bo tylko naiwni i ubodzy w mądrości wierzą w wygraną licząc tylko na szczęście, a jeśli już któryś z tych mądrzejszych i bardziej nieufnych wpadnie nieopatrznie w sidła hazardu, po kilku niepowodzeniach najpewniej poszuka internetowych recept lub wyduma sam jakiś innowacyjny system, zamiast bezwiednie uderzać w złodziejskie przyciski. Właśnie wtedy okaże się, że opuścił grono mądrych.

Na szczęście sukces w pokerze nie jest od nas zależny tylko w części. Nawet, jeśli część ta przewyższa własne moce sprawcze, to sam fakt, iż nasze decyzje nie ograniczają się tylko do wyboru stawki, siły pociągnięcia dźwigni i wyboru koloru cyfr na zielonym kole zatracenia sprawia, że zamiast poświęcać czas na zdobywanie mistrzostwa w tasowaniu kart, po którym darować sobie można ich spalanie, wolałem nimi grać. Zawsze dziwiło mnie, jak wiele czasu poświęcają pokerzyści na doskonalenie umiejętności zabawy żetonami, która w ich mniemaniu czyniła z nich zawodowców. Ty poświęć godzinkę na trening żonglerki kolorowymi krążkami, ja w tym czasie wygram parę złotych. Chodzi przecież o to, by wygrać właśnie, a nie o to, by grać pięknie. Przynajmniej dla mnie.

A oszustwa? W podstawówce zdarzało mi się rozdawać od spodu. Niezdarnie, ale to wystarczało na dziesięciolatków. Gdybym uwielbiał grać i nie potrafił zarazem, pewnie ryzykowałbym zdrowie, honor i szacunek. Bo gdy zostaniesz przyłapany, tracisz to wszystko.

To był zwykły, osiedlowy pub z okrągłymi, drewnianymi stołami na żeliwnych stelażach, odrapaną boazerią i żółtymi ścianami, oklejonymi plakatami reklamującymi sportowe wydarzenia z ubiegłego roku. Miałem chyba ze 20 lat, wyglądałem na 18, a trząsłem się jak trzynastolatek. Na cotygodniowy turniej Hold’em przychodziło średnio trzydzieści osób: studenci, licealiści, inteligentniejsi biesiadnicy spod miejscowego „monopolu”, sieciowi wyjadacze z dużymi brzuszyskami, oblepionymi koszulkami pokerowych portali, nowincjusze w ciemnych okularkach, którym wydawało się, że bycie break even na NL25 niemal równa się bransoletkom z Horseshoe, wreszcie kilku weteranów, z których część przegrała pieniądze życia, część zaś przegrała całe życie. Tę kolorową jak multiowocowy sparkling pity w samym sercu Manaroli mieszankę uzupełniali przeciętniacy – niezauważalni, zwykli, siedzący w kącie, stresujący się bez względu na to, czy rozgrywają karetę asów czy blef totalny. Byłem studentem, ale z pewnością przynależałem też do tej ostatniej grupy.

Zaczynaliśmy kilka minut po dziewiętnastej. Krzesła były niewygodne, stoły zbyt małe, karty zbyt różne od piatnikowskich plastików. Pieniądze zgarniało zwykle trzech najlepszych – mimo wszystko nie było łatwo znaleźć się wśród nich, przez wielu nazywanych szczęśliwcami. No Limit Hold’em nigdy nie był moją najmocniejszą stroną, ale w naszym kraju, w którym świadomość budowana jest na stertach kolorowych tabloidów i łapaniu powiewów świeżości spraw, które za oceanem pachną perfumami smakując uryną, rozdźwięk od lat jest istotniejszy od piękna dźwięku. Pierwsze poziomy blindów upływały spokojnie, zbierając skromne żniwo w osobach zbyt ostro szarżujących brawurowców i pechowców największych. Po trzech dwudziestominutowych levelach przychodziła przerwa i bordowy sufit z trudem opierał się naporom palącego dymu Nevad, ViceRoyów, L&Mów i Marlborasów.

Przed trzecią przerwą w grze pozostawały dwa niepełne stoły. Stałem podparty o drewnianą, bejcowaną belkę, paląc wbrew mdłościom drugiego już papierosa. Zdarza się, że udaje nam się nabudować dość znacznie, ale w pewnym momencie zakładamy sobie podświadomie blokadę antyflipu i chwytamy kielnię, rozpoczynając prace murarskie. Coś mówi nam, że szczęście, tak niezbędne niestety w grze turniejowej, właśnie nas opuściło. Mówi nam to dobra karta, która przyszła o dwie pozycje za wcześnie; agresywny short mówi nam o tym, gdy kradnie i jeśli w końcu szykujemy się do sprawdzenia, czujemy, że tym razem trafił. Zdarza się jednak, że udaje nam się nabudować i mamy dziwną świadomość naszej nieśmiertelności. Dostajemy piękne karty, a gra przeciwników pozwala oszczędzić nam trudnych decyzji; bronimy dominacji, trafiamy, gdy przeciwnik dominuje i jesteśmy kurwa pewni, że nasze podbicie będzie respektowane. Tak było ze mną tego wieczora przed trzecią przerwą.

Kilku stałych bywalców zgromadziło się wokół stołu cashowego. Niektórzy zamawiali przy barze piwska, inni w oczekiwaniu na możliwość skorzystania z toalet uprzyjemniali sobie czas rozmowami o ostatnich sieciowych sukcesach i porażkach, przegryzając je gorzkim smakiem peta. Naprzeciw mnie, przy drugiej belce, stało dwóch pozostających jeszcze w rozgrywce pokerzystów. Jednego z nich widziałem tam po raz pierwszy – łysy dryblas w wąskich jeansach, z postawionym buntowniczo kołnierzykiem białego polo, być może już trzydziestoletni, zdawał się zdawać relację z jakiejś ustawki, jak zwykło się nazywać poważniejsze z gier domowych, szczupłemu, ciemnemu blondynowi, znanemu mi jako Hiszpan. Ubrany w ciemnobrązowy dres starego typu chłopak nigdy nie tasował kart, bo nie pozwalała mu na to niepełnosprawność lewej ręki, co jednak nie miało wpływu na dobrą, solidną grę, którą za każdym razem prezentował. Z prawej mojej strony, w końcu stołu, na którym skrzętnie ułożony był również spory stack należący do mnie, samotnie sączył Coca Colę jeden ze studentów. Jego cwaniackie spojrzenie kontrastowało z wątłą posturą i szarością jego ubioru. Nieudolnie bawił się kilkoma czarnymi żetonami, kiwając delikatnie głową w rytm muzyki płynącej z przenośnego odtwarzacza, gwałcąc co chwila zadymioną salę przenikliwością zadziornego wzroku.

Gdy nieubłagany zegar odliczał ostatnie dwie minuty pauzy, student ów wstał zza stołu na tyle energicznie, że przykuł moją uwagę. Wydawało mi się przez chwilę, że rzeczywiście strącił fioletowy żeton w innego stosu, ukradkiem przesuwając go do swego królestwa, jednak szybko odrzuciłem od siebie te podejrzenia: kto byłby na tyle głupi, by tak ryzykować? Ryzykować szacunek i dobre imię – byłem przekonany, że aklamowaną karą dla takich niegodnych zachowań byłaby utrata poważania i szybkie, trochę bolesne pewnie, przymusowe opuszczenie lokalu. Nagle moja uwaga skupiła się na Hiszpanie i jego wysokim towarzyszu, którzy raptownie przerwali rozmowę. Z ruchu warg tylko mogłem wyczytać szeptane do ucha Hiszpana słowa łysego: „Tamten gościu chyba zajebał komuś żetony…”.

W pubie tym czułem się nieswojo zanim jeszcze przekroczyłem jego próg i teraz uczucie to wzrosło po stokroć, wrodzona ciekawość jednak kazała mi wypatrywać niecierpliwie rozwoju wydarzeń, wcinając wirtualny popcorn, rozsiadając się wygodnie w kinowym fotelu, w który za chwilę zamienić się miało twarde barowe krzesło.

- Jesteś pewien? – zapytał Hiszpan – Od kogo wziął? Z tamtego dużego stacka? Jesteś pewien?

- No wziął żetony z tamtego stacka do siebie – dryblas zdawał się być pewien tej kradzieży jak zwycięstwa koloru na niesparowanym boardzie.

Dresiarz podszedł do dwóch, zafascynowanych cashową rozgrywką mężczyzn. Jednym z nich był Damian – organizator czwartkowych gierek. Hiszpan powiedział mu coś do ucha, po czym wraz z Damianem, jego towarzyszem dopingowania amatorów gry cash oraz jeszcze jednym, potężnym typem w ciemnozielonym swetrze i czarnej bejsbolówce, którego Damian trącił wymownie łokciem, ruszyli w kierunku stolika, przy którym jeszcze chwilę temu dopełniła się rzekoma zbrodnia. W czasie, gdy samozwańczy arbitrzy zajmowali strategiczne pozycje wokół jednego z dwóch pozostałych stołów, który w tym momencie bez wątpienia był tym finałowym, nieświadomy podejrzeń student pieścił pewnie dłonie powiewem toaletowej suszarki. Gdy wyszedł, Tournament Director charakterystycznym dźwiękiem oznajmił koniec przerwy. Do stołów zaczęli schodzić się z wolna gracze, trzymając w dłoniach następne piwa, cole i plastikowe tacki wypełnione złocistymi frytkami.

- Ej – zdawkowo rzucił Damian – podobno żetony zajebałeś stąd – organizator wskazał palcem na jeden z dwóch największych stacków na stole.

- Co? – zapytał głucho student, z którego twarzy w ułamku sekundy znikł cwaniacki uśmiech, w którego przełyku rozgrywała się bitwa pomiędzy nieuniknionym potokiem przebijającej tamy fizjologii śliny a blokującą go świadomością, że ten mimowolny akt zostanie zauważony i właściwie oceniony przez ludzi, którzy na tellsy są wyczuleni bardziej niż przeciętny Kowalski, znający pokera z telewizji i opowieści wuja czy szwagra.

- Mówią, że zajebałeś – każde słowo Damiana odbijało się na dnie ciszy ciężkim echem.

Krępy brunet o prosięcej twarzy i wysadzistym podbródku zbliżył się do podejrzanego:

- Wiem ile tego było; zaraz policzymy.

Wysokość stosów ugranych przez bruneta, zwanego Majkiem, z pewnością błędnie przekonała o swej niepoliczalności studencika, który teraz przełykał już bez oporów, zrzucając maskę zdumienia i niewinności. Majku liczył szybko, o wiele szybciej niż chłopak był w stanie opracować strategię i zrobić rachunek sumienia.

- Brakuje mi półtora tysiąca – Majku niemal krzyknął, a wyraz twarzy studenta utwierdził mnie w przekonaniu, że rzeczywiście nie miałem złudzeń, a on ukradł zaledwie jeden fioletowy krążek warty pięćset. Ale jakie to miało teraz znaczenie?

Więc co teraz będzie? – pomyślałem: gość zostanie z pewnością wyrzucony z klubu z wilczym biletem trzymanym w spuchniętych wargach, a cwany Majku zarobi tysiaka – tak pewnie będzie… Ale to, co się stało sprawiło, że niespodziewanie przestałem się trząść i od tamtej pory już nigdy nie trząsłem się w tym klubie. Nie pamiętam słów oskarżeń, sekwencji wulgaryzmów, zamaszystych prowokacji i chwili, w której ktoś przypomniał o upływającym czasie gry; widziałem tylko wielką pięść mężczyzny w czarnej bejsbolówce, która zdmuchnęła studenta z niewygodnego krzesła. Wydaje mi się, że złodziej padł już nieprzytomny, ale nie miało to znaczenia dla oprawcy. Po chwili na wymierzenie sprawiedliwości zdecydował się Majku; jego czarny glan zanurzył się w policzku chłopaka, tworząc na brudnej terakocie ślinokrwistą kałużę, udekorowaną przedtrzonowym zębem. Wystarczyło zaledwie kilka soczystych ciosów, bym zaczął współczuć osobie, na której przykładne ukaranie szczerze liczyłem. Pracownicy zanurzyli się za barem w swoich sprawach mając nadzieję, że incydent nie zostawi po sobie zbyt wiele nieporządku. Nikt nie odważył się przerwać tej sceny. Nie wierzę, by nikt tego nie chciał. Student został wyniesiony na zewnątrz, gdzie zajął się nim jeden z barowych gości. Nigdy go już nie widziałem i nigdy nawet nanosekundy nie poświęciłem na roztrząsanie sensu karcianych oszustw.


Historia 6

Piątek, mniej więcej w połowie października, budzę się, odpalam kompa i puszczam kawałek EWR – Wstaję Rano. Już po pierwszych dźwiękach zdaję sobie sprawę, że będzie to zajebisty dzień, jednak nie miałem pojęcia co się tego dnia wydarzy…

Z ogromnym bananem na ustach zmierzam do szkoły, w pociągu, widząc mój poranny entuzjazm, uśmiecha się do mnie jakaś kobieta, co tylko poprawia mi humor. W końcu moja stacja, wysiadam, spotykam i zarażam pozytywną energią znajomych, których nie sposób było odnaleźć w zawalonym pociągu.

Lekcje jak lekcje – nuda, więc z radością przyjąłem propozycję kolegi, abyśmy na przerwie wyskoczyli do cukierni po jakieś drożdżowki. Kumpel zaproponował, żebyśmy podjechali jego autem, a ja z moim wrodzonym/nabytym (niepotrzebne skreślić) lenistwem nie mogłem się nie zgodzić. W cukierni, jako że miałem dobry humor za sponsorowałem koledze drożdżówkę, oczywiście, w zamian chciałem, aby dał mi się „karnąć” z powrotem do szkoły. Nie musiałem go długo namawiać, wsiadamy, odpalam silnik i słyszę tylko jak kumpel mówi: „dobra, kręć”, no więc nie upewniając się, czy nic nie jedzie, wcisnąłem gaz.

Pech chciał, że w momencie kiedy ruszałem, drogą ktoś już jechał, ale po co się upewniać?

Efekt: przerysowana prawie na całej długości alfa romeo + zderzak w aucie kumpla do wymiany.

Pomyślałem tylko „o ku*wa – jestem w dupie”. Szczęście w nieszczęściu, obyło się bez udziału policji, ale 800 zeta dosyć poważnie nadwyrężyło mój budżet.

No, ale do sedna, bo jak na razie, ta historia nie ma za wiele wspólnego z pokerem – ta kolizja nauczyła mnie pokory i szacunku do pieniądza, co przy moim nonszalanckim i narcystycznym podejściu do życia, było ważną nauką. Tego samego dnia siedząc w domu przed kompem włączyłem oprogramowanie Everest Poker, spojrzałem do cashier’a – 0,81$.

Jedyne co mi przyszło do głowy, to „a, ch*j, w taki dzień pozostaje mi tylko przegrać resztę rolla”.

I znów się pomyliłem, jak już pisałem wcześniej nauczyłem się pokory i szacunku do pieniądza. Te dwie rzeczy plus trochę szczęścia pozwoliły mi się w ciągu 3 dni odbudować do ponad 50$. Najważniejsze w życiu, to uczyć się na błędach i z każdej sytuacji wyciągać jakieś pozytywy.

Pozdrawiam


Historia 7.

DOM NA UBOCZU

Słyszeliście kiedyś o tych, którzy znaleźli w życiu własną drogę? Podobno nawet, jeżeli prowadzi ona przez kręte ścieżki, to i tak nie zamienią jej na tą prostą.

Odkąd pamiętam zawsze szukałem swojej drogi. Poszukiwania zaprowadziły mnie na studia, których nienawidziłem, więc nie ma, co ukrywać, że nie szły w dobrym kierunku. To oraz kilka innych spraw, skutecznie zmniejszyło wartość czasu, jakim jest czekanie. Czym jest czekanie? To okres pomiędzy jedną a drugą grą w pokera.

Grałem regularnie w jednym z miejskich klubów pokerowych, na tych mniejszych stawkach, jakimi były, jeden-dwa. Przychodziłem wieczorem, wracałem nad ranem, odsypiałem na uczelni. Pewnej nocy wyszedłem wcześniej. Jak łatwo się domyśleć powodem był tilt. Nie przeszedłem dziesięciu metrów, kiedy na mojej drodze stanął... pies. Nie chodzi bynajmniej o policjanta. Typowy owczarek niemiecki. Patrzyliśmy na siebie dobre pięć minut, i pewnie żaden z nas nie przypuszczał, że ta chwila zmieni całe moje życie. Szedł za mną do domu, więc go wpuściłem. Nie chciał mnie ugryźć to niech przynajmniej ma gdzie spać.

Następnego dnia narzuciłem plecak na ramię i wyszliśmy z psem, aby znaleźć mu jakiś dom. Liczyłem raczej na schronisko, ale dobrze jest sobie wmawiać, że robi się dobrze. Nagle dotarło do mnie, iż to on mnie prowadzi. Zdawał się doskonale znać drogę do celu. Celem tym był stary, zaniedbany dom. Furtka była otwarta. Pies wszedł jak do siebie. Pomyślałem, że wypadałoby sprawdzać czy przepadkiem jednym jego motywem nie był zapach żarcia, dlatego podążyłem za nim. Nie pamiętam, co czułem wchodząc do obcego domu, ale doskonale przypominam sobie, co, a w zasadzie, kogo zobaczyłem w środku. Trudno zapomina się najważniejsze rzeczy w życiu. Tym kimś był Jan. Starzec siedzący na równie starym fotelu, trzymający w dłoni puszkę po piwie. Puszek i butelek dookoła było pełno. Niejednemu zbieraczowi aluminium w oczach pojawiłyby się pięciozłotówki na ten widok. Wszystko było zaniedbane. Pies radośnie podbiegł do Jana. Ten, kiedy go ujrzał wydobył z siebie tylko imię czworonoga – Belweder, poczym pogłaskał go po głowie. „Gdzieś ty polazł znowu?” – Zapytał psa po chwili. Zdawał się, nawet mnie nie widzieć, dlatego postanowiłem sam się odezwać. „Znalazłem go na ulicy. To mądry pies, mógłby pan bardziej zwracać na niego uwagę” – powiedziałem. Stary popatrzył na mnie kontem oka... „fajnie, a teraz spierdalaj”. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. To, co zmusiło mnie do wykonania jakiegoś ruchu to lecąca w moją stronę puszka po piwie, którą Jan we mnie rzucił. Robiąc coś, co nazwać można unikiem, z ramienia zsunął mi się plecak. Wyszedłem, przecież nie będę gadał z psycholem. Oczywiście zaraz odczułem brak czegoś na plecach, co wymusiło powrót do domu wariata. Nie było mnie może z pięć minut a starzec już przywłaszczył sobie moje rzeczy. W zasadzie jedną rzecz, czyli talię kart. Trzymał ją w ręku a jego spojrzenie wyraźnie wskazywało zadowolenie z zawłaszczenia sobie mojej rzeczy. Co on pasjansa będzie sobie układał? Przecież nie pobiję starucha – pomyślałem, więc jak mu to zabrać. Myliłem się jednak w sprawie motywu uśmiechu na jego twarzy, bo zaraz oddał mi moją własność. Przekazując mi plecak, zaproponował abym to ja wychodził z psem na spacery skoro mnie nie ugryzł. Pomyślałem sobie – przecież to nie mój pies i zadałem pytanie, które dręczy całą ludzkość od zawsze, – co ja z tego będę miał? Jan kazał mi wejść do pokoju obok i wybrać sobie dowolną rzecz. Wszedłem tam, ale to, co ujrzałem przerosło moją zdolność nie wypowiadania słów „o kurwa”. Zdjęcie Jana z Doylem na final table, pamiątki z Vegas, oficjalne żetony WSOP z przed lat. Było tam wszystko związane z pokerem tamtego okresu. Pierwsza myśl to, kim on jest. Nie znam go. Powinienem? Zapytałem. Stary nie chciał dużo mówić. Sięgnął jedną z książek i mi ją wręczył. Dokładniej to rzucił nią we mnie pytając obrażonym głosem czy akceptuje umowę? Szybka kalkulacja za ile pójdą żetony i zgodziłem się. Plus był jeszcze taki, że polubiłem tego psa... W przeciwieństwie do jego pana.
W nocy zabrałem się za czytanie książki – „Dom na uboczu” – taki miała tytuł. Niespodzianka ukryta była już na pierwszej stronie, bowiem jej autorem był właśnie stary Jan. Był to podręcznik pokerowy. Nie mogę powiedzieć, że był dobry. Był niesamowity. Może nie znalazły się tam matematyczne koncepty 4bet blefu, ale w zadziwiający sposób zwracał uwagę na rzeczy proste, na które trudno wpaść. Przeczytałem wszystko w jedną noc. Na końcu opisywał gry na nieziemskie stawki, w których rzekomo sam brał udział. To, co wyróżniało jego grę to super agresywny styl. Na każdym kroku powtarzał, że trzeba żyć i grać najmocniej jak się da. Starałem się nocami studiować każdy koncept pokera, ponieważ za nieco ponad miesiąc miałem zagrać w klubie na nieco większych stawkach. Mówiąc nieco mam na myśli stawki organizowane bardzo rzadko, ponieważ trudno było o graczy. Pięćdziesiąt-sto. Oczywiście nie miałem rolla na takie gry, ale chciałem zmienić swoje życie, a to była okazja. Dobrych graczy przy stole było mało. W większości to ryby. Grube ryby zajmujące się niekoniecznie legalną pracą. Jeżeli bohaterowi filmu się udało to ja też dam rade – wmawiałem to sobie.

Następnego dnia pobiegłem do zaniedbanego domu. Musiałem wyjaśnić, o co tu chodzi. Przecież wiedziałbym o takim graczu zwłaszcza z mojego kraju. Jan nie chciał dużo gadać. Skusił się za to na grę o jego żetony. Widać miał do nich jednak sentyment. Graliśmy chyba pół dnia, jeden na jednego do dziesięciu wygranych pojedynków. Przegrałem, oczywiście przez pecha – tak to tłumaczyłem. Mimo spędzenia razem dnia, starzec wcale nie był milszy. Obaj nie lubiliśmy siebie nawzajem. Zaproponowałem, że zajmę się domem w zamian za udzielenie kilku rad. Jan spojrzał w kierunku pokoju z pamiątkami i nieśmiało
odrzekł – w porządku. Myślę, że bardziej było mu to potrzebne aniżeli mnie, ale nie dawał tego po sobie poznać. I zaczęło się. Kilka rad zmieniło się w cały dzień. Dzień zamienił się w kilka dni. Kilka dni w tydzień i tak dalej.

Czas mijał a ja spędzałem każdą wolną chwilę w domu Jana. Coraz mniej czasu zajmowało „czekanie”. Z dnia na dzień przepaść między nami zdawała się zmniejszać. Początkowe starcia odchodziły w zapomnienie, choć wciąż mieliśmy do siebie dystans. Cały czas widziałem w nim ten sam smutek, który zauważyłem na początku. Pewnego dnia jak zwykle przyszedłem do jego domu. Tym razem jednak Jan nie siedział w fotelu. Stał na stole z pętlą obwiązaną wokół szyi. Chciał się powiesić. Powstrzymałem go w ostatniej chwili, co wywołało najdziwniejszą kłótnię, w jakiej uczestniczyłem. Jeżeli ktoś popatrzyłby na nas z boku, w ciemno uznałby, że się nienawidzimy. Jednak my czuliśmy, co innego. Każda oblega coraz bardziej udowadniała nam, że nawzajem nam na sobie zależy. Zarzucaliśmy sobie zamknięcie w sobie i tym podobne słabości. Po pewnym czasie zamilkliśmy. Cisza trwała chyba z pół godziny, po czym usłyszałem tylko – „no dobra”. Tego dnia nie graliśmy. Jan opowiedział mi całą swoją historię. O szybkim życiu. O tym jak grał w Vegas. O domu na uboczu, w którym toczyły się największe gry. O tym jak poker go zmienił i o tym jak wszystko... oddał. Tak oddał. Miłość jego życia była dziewczyną jego przyjaciela. Jej ojciec był chory oraz miał poważne problemy finansowe. Nie chciała przyjąć darowizny, dlatego podrzucił jej niemal wszystko, co miał i uciekł aż tutaj. Podczas całej tej rozmowy wspomniał też o dobrych czasach, kiedy wygrał samochód a nie potrafił jeździć na rowerze. Aby odejść od tematu wyszliśmy z domu, aby po raz pierwszy w życiu Jan przejechał się rowerem. Do późnej nocy uczył się jeździć a ja wspominałem mu o grze, jaka czeka mnie jutro na wysokich stawkach.

Następnego dnia miałem zmienić swoje życie. Udowodnić, że jestem najlepszy i potroić bankroll. Byłem gotów. Czułem to. Czas spędzony z Janem zostawił swój ślad. Poszedłem do klubu i zaczęło się. Grałem tak jak nauczył mnie mój mistrz. Nie czułem nic. Każda decyzja była przemyślana. Każdy pech nie robił na mnie wrażenia. Grałem pod każdego gracza inaczej, przez co świetnie mi szło. Rozgrywka trwała i trwała. W pewnym monecie wdałem się w duże rozdane z człowiekiem, którego twarz mówiła sama za siebie. Blizna od noża nie robiła większego rażenia przy odłamku kuli na szyi. To, co łączyło go z pokerem to tatuaż na olbrzymim karku, ilustrujący waleta uprawiającego sex z damą kier. Obaj mieliśmy największą ilość żetonów. Na turnie trafiam nutsa. Mam strita a mój oponent zgrywa kozaka i stawia mnie na All-in’ie, mówiąc przy tym abym przemyślał każdą decyzję, bo może mnie to kosztować zdrowie. Czy przeżyłbym to rozdaniem po sprawdzeniu nigdy się nie dowiem, ponieważ w momencie jego przemowy, z tłumu gapiów wszedł Jan. Wszystko obserwował. Starzy wyjadacze poznali go natychmiast po tym jak zdjął kapelusz. Dobrze wiedział, że już wygrałem, ale kazał mi spasować karty dla bezpieczeństwa. Od razu ktoś z publiki krzyknął, iż wielki Jan sam zawsze pisał o grze na maxa. Wtedy starzec powiedział, że o główną stawkę zawsze gra się vabank, ale najcenniejszy dar – dar przyjaźni otrzymał nic nie ryzykując. Wstałem, zebrałem resztkę swoich żetonów i wyszliśmy.

Spacerowaliśmy chwilę a mój mistrz prowadził pod ręką... rower, którym przyjechał. Powiedział mi, że leci do Vegas uporządkować stare sprawy i rzucając wzrokiem na biegającego wokół Belwedera, dał mi znak, że teraz to ja się nim zajmę.

Powiadają, że mistrz zjawia się, kiedy uczeń jest gotowy. Nie wiem czy byłem gotowy czy może uczeń zjawił się, ponieważ to mistrz go potrzebował. Wiem tylko, że obaj nauczyliśmy się od siebie czegoś więcej niż zagrywek pokerowych. Nauczyliśmy się, że wcale nie trzeba „czekać”. Można żyć na linie cały czas.


Praca 8.

II Rzeczpospolita - sierpień 1920 roku

Wojna Polska – Bolszewicka

Linia frontu gdzieś w okolicach Lwowa

Wojska II RP w odwrocie i głębokiej defensywie. Połowa kraju zajęta już przez Sowietów. Co gorsza zaciska się pierścień okrążenia wokół Warszawy. Propaganda bolszewików wyje z zachwytu: „Jeszcze szesnaście wiorst i Europa” (1 wiorstwa =1067m). Ich rozumowanie było proste: jak padnie stolica Polski to i cały kraj. Wtedy bolszewicka rewolucyja robotniczo-chłopska połączy się z rewolucyją w Niemczech a wtedy Europa a nawet Świat jest ich czyli jeden czerwony Wielki Kraj Rad.

Porucznik Józef Mitucki pochodził ze szlacheckiej rodziny, walczył dzielnie na froncie

z bolszewicką nawałnicą. Nie zadzierał nosa że on szlachcic... Z każdym znalazł wspólny język tym bardziej na wojnie. Wszystko dookoła frontu zniszczone albo wyludnione bo ludność cywilną uciekła przed mordami, grabieżami i gwałtami. Więc w tych krótkich chwilach wytchnienia między wypełnianie kolejnych rozkazów, pisania meldunków, kopania okopów cóż było robić? Odpowiedź nasuwa się sama: Grać w karty! Ileż to on pieniędzy wygrywał z kolegami ale uczciwie, aż mu czasami było głupio i żal, a nawet strach go często ogarniał czy któryś z przegranych kolegów bagnetu w plecy nie wbije zdradziecko. Wiadomo nieboszczykowi długu spłacać nie trzeba a i winę zwalić można na sowieckich dywersantów. Po raz kolejny jego zastępca biedny sierżant – chłop spod Kielc musiał pełnić za niego służbę w te cholerne upały i dowodzić drużyną. Żal mu go było podwójnie bo primo: nie miał on już pieniędzy wiec grał o służby, dyżury poza kolejnością a secundo: nie miał także już wieści od swojej rodziny od kilku miesięcy.

Wszyscy namiętnie grali w Oczko, Wista, Bakarata, Farona i wiele innych lokalnych mutacji gier a ostatnimi czasy ogromną furorę robił amerykański Poker „przywieziony” na front i pokazany przez angielskich i francuskich oficerów łącznikowych z Ligi Narodów (poprzedniczka ONZ). Żołnierze na słowo poker dostawali dziwnego amoku większego niż po absyncie czy opium. Podczas gry czas płynął szybciej, także rany jakby szybciej się goiły i mniej bolały, duże ilości i nominały marek polskich (hiperinflacja szalała!) zmieniały właścicieli lotem błyskawicy, ci bez pieniędzy przegrywali służby poza kolejnością na kilka kwartałów do przodu, nie wiadomo nawet czy wojna tyle jeszcze potrwa!

„Cholieeerrra!” – Zaklnął przeciągle myśląc o kartach . Nawet jego pierworodny nastoletni syn Antoni zwany pieszczotliwe Tońkiem wygrywał coraz większe pieniądze w te przeklęte karty – tak mu pisała żona w listach z domu. Zamiłowanie do gier karcianych miał w genach jak jego ojciec, jak jego dziadek jak jego przodkowie... Złośliwi rozpuszczali plotki, że ich rodzinny majątek powstał i rozwijał się nie dzięki dobremu administrowaniu a dzięki coraz większym wygranym w karty. Może to i prawda choćby po części bo ich herb rodowy tarczę miał ozdobiona kolorami kart. Te cholerne piki i kiery nie raz migotały mu przed oczami to na jawie to we śnie. Ale ich ród słynął zawsze z tego że grał uczciwie. A Jego dziadek Franciszek wziął sobie nawet za punkt honoru nie wygrywanie jak największej ilości pieniędzy a poskramianie oszustów karcianych. Znał dobrze ich fach. Ileż to on razy „skontrował” szufladki, marychy, kołyski i inne oszukańcze sposoby „robienia” przewagi w kartach. Franek Mitucki mieszając, rozbijając umiejętnie podłożone wygrywające układy pokonywał dzięki temu tuziny wytrawnych oszustów. Nie raz gra kończyła się bijatykami albo pojedynkami na szable lub pistolety bo oszuści oskarżali go że oszukuje! Parnoja! Pech tak dla nich chciał, że dziadunio Francio był też mistrzem szermierki a i w strzelaniu był niekiepski. Umiejętności szybko nabyte w walce jako powstaniec styczniowy z hordami carskiego żołdactwa procentowały. A pomyśleć, że całe szulerskie rzemiosło nabył za paczkę cygaretek i srebny sygnet od jednego zdemaskowanego oszusta chorującego na suchoty (gruźlica) w obozie jenieckim gdy obydwaj oczekiwali na zsyłkę na Sybir po upadku powstaniu. Oczywiście nigdy tam nie trafił bo wolność dla siebie wygrał w karty od komendanta obozu przejściowego – carskiego majora, który honorowego słowa po przegranej dotrzymał i nawet trochę rubli dał na drogę...

Minęło 10 lat...

Antoni „Tońko” Mitucki nie miał dziś humoru mimo że piękny letni sobotni dzień cieszył zmysły. Józef, jego ojciec ciągle robił mu awantury, że karty w jego życiu są ważniejsze od wszystkiego. Powtarzał w kółko jak jakieś durne zaklęcie: „A kto będzie zarządzał rodzinnym majątkiem jak twój tatko umrze lub przykuty do łóżka majątek zmuszony przekazać ci będzie? Co weźmiesz sobie zarządcę? Jak ten Kunicki co wziął Nikodema Dyzmę a ten go żonki i majątku sprytnie pozbawił zmuszając przy tym do wyjazdu za granicę.” Wielkie mi mecyje! Temu Kunickiemu się należało, hochsztapler jeden! Przecież on Tońko jak jego ojciec też wygrywał niemałe pieniądze i fanty, aż się z szuflad wysypywało w jego saloniku. Za te wygrane żył sobie jak panicz, jak jaśnie pan! Tylko to się dla niego liczyło!

A że raz „zastawił oficjalną” narzeczoną aby sprawdzić z wygrywającym układem kart... przecież znów wygrał. Jedyny minus tego zdarzenia, że panna jakaś nerwowa zrobiła się po tym i za parę dni zaręczyny zerwała. Bez większego apetytu spałaszował indyka z truflami na obiad. Wróciwszy do swojego saloniku ochoczo za lekturę książki miał zamiar się brać o tym Pokerze co to w wybornym towarzystwie tylko w niego się teraz gra nawet bardziej niż w Bridża. Ach co ta za lektura się zapowiadała! Ten Fortunat Pionier w swojej książce „Poker i jego sekrety” tyle prawideł i strategyji objaśnia. A kniżka tylko go 6 złotych kosztowała z wysyłką kuryjerem z Warszawy, przecież to niecały dolar (1 dolar= 8,90 złotych polskich przedwojennych). Nieraz ostatnimi czasy jednego dolara a nawet więcej to najmniejszy szton (żetonem też zwany) przy stole kosztował, a tych sztonów to kupowało się tak na wejście z 50-100 szt. aby na poważnego gracza przy stole wyglądać. Tak! Tak! O takie stawki się grało! Dla porównania nasz prywatny nauczyciel dla młodszego rodzeństwa to 220 zł zarabiał na miesiąc, a bardzo sobie u nas prace chwalił po tym jak przeniósł się ze szkoły powszechnej gdzie 160zł pensji miał a całymi dniami z matołami z plebsu musiał się użerać - jak sam to nam mówił.

Bez tej książki już kilka razy w tego pokera grać Tońko próbował ale szło opornie, bo ich rodzinny majątek Krużewniki na odludziu leżał a on w karty grywał poza domem czyli w gościach lub knajpach aby nerwówki jeszcze większej w domu nie czynić. A tam grając nikt za darmo pokerowych prawideł nie zdradza. Także ojciec uparty się zrobił i o tym pokerze nic gadać nie chciał, o samej grze w pokera na próbę choćby na zapałki nie wspominając. Już ja miał w ręku książkę gdy ojciec przez uchylane drzwi do saloniku znów zaczynał morały w kółko prawić o szkodliwości hazardu karcianego. Całkiem jakby zacięty gramofon kawalątek melodii w kółko grał, tak oto brzmiały tatowe morały. Draka znów wisiała w powietrzu gdy niespodziewanym wybawieniem okazał się jego przyjaciel syn fabrykanta - Leoś Zabłocki, właśnie zajechał na podjazd ich posiadłości swoim wypaśonym nowiutkim automobilem Mercedes-Benz SSK Roadster. No i w drzwiach krzycząc że porywa mnie na przejażdżkę a później na potańcówkę u niego w willi. Uff... Biedny tatulo nie wiedział, że potańcówka to w naszej gwarze oznacza grę w karty. W czasie jazdy opowiedział mi kto będzie dziś z nami grał – same gruby ryby z jeszcze grubszymi portfelami i książeczkami czekowymi. Wszyscy chcę grać tylko w jedną grę, w tego Pokera. No to ja na to: - O cholera! Przecież ledwo co znam zasady! Miałem czytać książkę o pokerze ale ojciec mi przerwał, ciągle mieszają mi się te zakłady a układy, nawet o tym kłamaniu nic nie poczytałem. - O blefie? Tak się to nazywa. - Tak o blefie i też o innych zagraniach, otwarciach i przebitkach, budowaniu pota - Wytłumaczę ci jak będziemy na miejscu – skwitował jakby od niechcenie Leoś i dodał gazu na prostym odcinku drogi.

Tońko po dwóch godzinach objaśniania zasad pokera i trzech lampkach koniaku poczuł się na tyle pewnie, że ochoczo zasiadł do karcianego stołu. Gra trwała już z pięć godzin. Gra w tego dobieranego pokera z pięciu kart wydawała się prosta, nowe chyba hiszpańskie 32 kartowe talie (od siódemki do asa) też nie męczyły oczu wręcz przeciwnie. Wejściowe pieniądze pomnożył już kilkakrotnie. Wygrywał to pokonując to jedną parę u przeciwnika swoimi dwiema parami, to strita skarcił fullem, to kłamiąc tzn. blefując jak to Leoś fachowo nazywał. Przeciwnicy jakby prosili się aby wygrywać od nich pieniądze, jakby nie dowierzali że dwudziestoparuletni młodzianie mogli ciągle wygrywać z nimi! Z nimi czyli elitą ziemiaństwa i przemysłu! Zwycięska passa tego przeklętego Tońka kiedyś musi się skończyć pomyślał jeden z nich, któremu właśnie Tońko uszczuplił portfel najbardziej. A teraz ten oto Tońko chce już odejść od stołu. Gruby ziemianin postawił na swoim i Tońko zagra jeszcze trochę czasu. Właśnie ziemianin rozdawał karty. Jak spojrzał w swoje karty mało nie wykrzyknął na głos co ma: czwórka dziewiątek zwana też karetą. O dziwo Tońko mocno przebił przed wymianą kart, ziemianin poszedł na całość stawiając młodego przeciwnika w niezręcznej sytuacji mianowicie, ów młodzianin nie miał już pieniędzy aby grać dalej . Ziemianin wymienił jedną kartę a Tońko żadnej. „Co on może mieć z układ?” - długo myślał stary grubas. Z tych rozważań wyrwał go głos przeciwnika: - Muszę zorganizować pieniądze aby grać dalej, potrzebuje maksymalnie godzinę czasu - oświadczył Tońko. - Oczywiście, nie ma problemu młody przyjacielu. Przyda nam się przerwa na cygarko i szklaneczkę czegoś mocniejszego - odpowiedział ziemianin puszczając oko do pozostałych, już ciesząc się na myśl, że „puści” na grubo z torbami to znaczy z długami młodego fircyka.

Rad nie rad Tońko zeszedł do pokoju z kominkiem piętro niżej. Wpatrując się w ogień i cały czas myśląc od kogo pożyczyć pieniądze. Im dłużej myślał, tym markotniał coraz bardziej. „No dobra raz kozie śmierć” – żachnął pod nosem i wymyślił że zadzwoni do ojca. Ojciec rzucał na niego takie gromy, że Tońko chciał już rzucić słuchawkę. Nie zrobił tego tylko ze względu na szacunek dla ojca. W końcu jego ojczulek spytał: -Ile? - Dużo, wszystko co masz w gotówce w sejfie – odpowiedział syn Tońko. – Tato zrozum mam w kartach pokera a mój przeciwnik ten zarozumiały gruby ziemianin ma trójkę lub karetę. - Pięknie kurwa! Pięknie!- odpowiedział ojciec i rzucił słuchawką. Tońko nie wiedział czy słowa ojca oznaczały pogardę i złość dla wyczynu syna czy wyrazy uznania. Zostało jeszcze dziesięć minut przerwy gdy niespodziewanie w willi Leosia pojawił się ojciec Tońka i to z pieniędzmi. Gruby zgodził się aby ojciec zobaczył karty syna przed wyłożeniem pieniędzy. Ojciec od razu po zobaczeniu kart rzucił z hukiem walizkę pieniędzy na stół mówiąc a właściwie krzycząc: „Przebijam trzy razy twoje otwarcie po wymianie kart!!!” Ziemianin już się domyślił że jego kareta w tym momencie to za mało. Niestety, młody musi mieć pokera. Nieważne teraz czy trafił naprawdę pokera z jego rozdania czy „ustawił” grę. Ziemianin myślał jeszcze z pięć minut ale w końcu powiedział cicho: pas. Tońko chciał się rzucić ze szczęścia w ramiona ojca. Tyle pieniędzy wygrał... no i ojciec uwierzy w końcu w jego umiejętności. Ale ojciec ku zdziwieniu wszystkich spoliczkował go i krzyknął: „Durnyj matole! Naucz sie odróżniać kolor od pokera!” Pozostałym ludziom z wrażenia wypadły szklanki z rąk a gruby ziemianin zemdlał, długo trzeba było go cucić solami trzeźwiącymi. Nikomu jakoś nie przyszło do głowy aby zaglądnąć w karty, zresztą nie wypadało przecież tak oficjalnie tego zrobić.

Minęło dwa tygodnie od pamiętnej gry

Leoś jak zawsze z impetem zahamował na podwórku swojego przyjaciela Tońka i nie bacząc na Tońkowego ojca wbiegł do ich domu zaczął wykrzykiwać: ”Szykuj się na pokera! Amerykański konsul ze Lwowa „wprowadził” na salony nowa odmianę. Nie pamiętam jak się nazywa dokładnie. Stiud poker czy studa poker? Gra się w ten sposób że gracze dostają co rundę kartę/karty zakryte a później odkryte, jeszcze więcej rund obstawiania niż w tym pokerze dobieranym. Poza tym już nikt nie chcę w okolicy grać w pokera z Tobą Tońciu! Są dwa warianty tej gry: pięciokartowy lub siedmiokartowy. Wsiadaj szybko do samochodu wytłumaczę ci resztę podczas jazdy. - Naserrrmaaater! (Cholera!-gwara) – zawył ojciec ale syn z przyjacielem już tego nie usłyszeli.


Praca 9.

Panienka

- Przestań marudzić, przecież to niemożliwe żeby bolał cię kręgosłup do cholery.

- Niby czemu co? Bo jestem mniejsza niż ty?

- Bo nie masz kręgosłupa!

- Ale mam plecy, a na pewno widziałeś jak potraktował mnie ten facet. Żebyś wiedział jakie on ma tłuste palce. Powinniście zabrać żarcie ze stołu. To mało profesjonalne.

- Dobra bądź cicho, wracają.

Do pomieszczenia wchodzą trzej postawni mężczyźni. Wraz z nimi do środka dostaje się papierosowy dym, szuka porów skóry i przesiąka każde włókno ubrania jakie ma na sobie Jonathan. Jedyny nie palący uczestnik spotkania.

Ciche szuranie krzeseł oznajmia, że każdy z graczy znajduje się tam gdzie powinien. Pośrodku okrągłego stołu umieszczono antyczny, mosiężny kompas. Żarówka wisi tuż nad różą wiatrów, jej światło odbija się w magnesie wskazującym północ, a jednocześnie miejsce przeznaczone dla gospodarza. Była to jedna z niepisanych zasad pokerowych spotkań, podobnie jak podawanie fałszywego imienia.

Dzisiaj gospodarzem był Alex, osiłek, na którego widok z ciemnego zaułku uciekają nawet szczury. Fizjonomia pozostałych graczy, siedzących po obu stronach mężczyzny, nie odbiegała zbytnio od głównodowodzącego.

Bruce i Clint nie odrywali wzroku od pustych szklanek stojących samotnie na wprost ich szerokich karków. Wszystkie fałszywe przydomki zaczynały się od pierwszych liter alfabetu, czego Jonathan był prawie pewien, nawet nie zauważyli. On wybrał swój na cześć ulubionego pisarza.

Jonathan rozlał Whiskey, tak by bursztynowy płyn zapełniał jedną trzecią stojących na stole szklanek. Żaden z pozostałych graczy nie podziękował.

- Rozdajesz. – zagrzmiał Alex – Tym razem bez żadnych sztuczek. Patrzę ci na ręce.

- Przecież nie oszukuję. – wymamrotał Jonathan.

- Jestem innego zdania.

Karty łagodnie przeskakują jedna nad drugą, tańczą z coraz to nowymi partnerami. Gładzą się po grzbietach szukając odpowiedniego kompana do pary.

Jonathan wiedział, że patrzą mu na ręce. Wygrał dzisiaj już wystarczająco dużo, żeby zdenerwować nawet bogatego faceta z wyższych sfer, a co dopiero miejskiego gangstera.

- Chciałem tego uniknąć, ale same rozumiecie, nie mam innego wyjścia.

- Co tam mamroczesz?!

- To z przyzwyczajenia. – Jonathan odpowiada i pochyla się nad stołem – Przepraszam.

Ostatnie słowo skierował do trzymanej w rękach tali kart. Musiał dokładnie przetasować przed grą, szczególnie teraz, gdy jego sytuacja nie wyglądała najlepiej. The Riffle Shuffle cholernie boli każdą z kart. Słyszał, że niechętnie zgadzają się na ten zabieg. Po chwili czuł pod palcami jak nienaturalnie się wyginają, a do uszu dotarł wrzask słyszany tylko przez niego.

- Przełóż. – mówi kładąc talię po swojej prawej.

Clint patrzy na nią przez chwilę, a następnie przesuwa wzrok na Alexa. Gangster lekko skina głową dając Jonathanowi znak, że jak do tej pory nie dopatrzył się żadnego oszustwa.

Karty łagodnie suną po blacie wprost pod zatłuszczone palce graczy. W dłoni Jonathana znalazło się American Airlines złożone z kiera i trefla. Pozostałą trójkę uzupełniały dziewiątka trefl, dziewiątka pik oraz dama karo.

Jonathan przykłada wachlarz kart do ust w taki sposób, żeby inni nie dostrzegli ruchu jego warg.

- Wiecie coś. – szepce.

- Jeszcze nie, daj nam chwilę. Wymęczyłeś nas dość mocno. Musiałeś tak cisnąć? Jestem przekonany, że król trefl coś sobie nadwyrężył. – odpowiedział as kier.

Szklanka głośno uderza o stół, resztki alkoholu lądują na zielonym suknie, zostawiając na nim kolejną plamę.

- Eee, mówiliście coś? – karty krzyczą między sobą tak głośno, że Jonathan nie jest w stanie usłyszeć swoich myśli, a co dopiero osobę siedzącą naprzeciwko.

- Obstawiaj. - cedzi Alex przez zęby.

- A tak, jasne. – mówi rzucając na stół czarny krążek.

Gospodarz przyłożył się do gry, zakupione przez niego żetony dobrze leżą w dłoni. Teraz wariuje widząc jak lądują one po przeciwnej stronie stołu, a nie u niego. Czarne setki nie są kolorem kującym gangstera w oczy. Żółty, z wpisanym po środku tysiącem, jest najgorszy i sam jego widok sprawia mu ból.

Jonathan rzuca na stół jedną kartę, po czym zdejmuję najwyżej leżący kartonik z kupki leżącej obok niego. Czuje jak pod jego palcami karty ożywają i cieszą się. Będzie miał dobrą rękę, teraz wystarczy dowiedzieć się co mają pozostali. Reszta to formalność.

- Wymieniacie coś?

- Tylko jedna? – pyta Bruce, kładąc przed sobą dwie karty.

- Wystarczy.

Clint poszedł w ślady Jonathana i wymienił tylko jedną kartę, natomiast Alex położył na stole aż trzy. Ruch desperata liczącego na łut szczęścia. Nie wróżyło to nic dobrego. Kolejna przegrana może doprowadzić do czegoś gorszego niż rzucanie szklankami. To spotykało Jonathana nagminnie.

Ludzie robią się strasznie nerwowi kiedy w grę wchodzą pieniądze. Zwłaszcza ich własne.

- Rzućcie mi coś. – gorące powietrze z ust pokrywa karty wilgotnym nalotem.

- Słuchaj, walet trefl wraz ze swoim bratem karo, są w rękach tego wkurzonego faceta naprzeciwko. Podobnie dama pik, król i dziesiątka kier.

- Cholera, to Alexa mam z głowy. Pozostali?

- No już ci mówię. Wyluzuj trochę. Karczochy też nie stanowią zagrożenia. Ten po prawej ma dwie pary, króle i dziesiątki. A na deser damulkę pik. – as aż zaczerwienił się mówiąc o pikowej damie – Ten po lewej prawie miał pokera. Na szczęście dziewiątka pokrzyżowała mu plany.

Jonathan oddalił karty od twarzy. As kier oraz trefl, dopełnione zostały przez trójkę dziewiątek. Piękna kombinacja, ta partia należy do niego. Pod warunkiem, że zdecyduje się zaryzykować zdrowie, które niewątpliwie zostanie naruszone przez Alexa w razie jego przegranej.

Ta kombinacja to stuprocentowa wygrana.

***

Deszcz przestał padać, powietrze ugina się od wilgoci kładąc swoje ciężkie łapy na zaparkowanych samochodach i ramionach stłoczonych gapiów. Kałuże stoją przy krawężniku, strzegąc przejścia na drugą stronę ulicy, a wraz z nimi policjant w długim czarnym prochowcu i kwadratowej czapce.

Ludzie przepychają się między sobą, wyciągając szyje, by dojrzeć co ukryto pod wielką czarną płachtą. Z daleka wygląda jak masywna, ciemna góra pokryta niezliczoną ilością kropel wody. Alpy kryminalistyki.

- Wiedzą państwo co się stało? - jeden z gapiów, przełamuje wstyd i zadaje pytanie krążące po głowie każdego z obecnych w tłumie ludzi.

- To jakiś gangster na pewno. Za długi go odstrzelili karciane. - odzywa się anonimowy głos.

- Gdzie tam panie za długi. Wkurzyć musiał jakichś drabów, to i dostał za swoje. Ja to się cieszę, jednego bandziora mniej.

- Ja tam słyszałem, policjanci mówili, że to poker go zabił. Nie, że karty, ale ograł kogoś wpływowego. Niebezpieczna gra. - wysoki mężczyzna krzyżuje ręce na piersi, gotów do obrony swojej hipotezy.

- Ja gram w pokera i nie uważam, żeby stwarzał jakieś niebezpieczeństwo. - odpowiada młody chłopak.

- Ale jak widać to ja mam rację, a nie pan.

- A gdzie pan gra, jeżeli można spytać? - do dyskusji dołącza się schowany pod szerokim kapturem mężczyzna.

- Na pokerstrategy.com.

Wysoki mężczyzna niezdarnie tłumi śmiech. Nie doczekawszy się żadnej reakcji odchodzi znudzony. Przepycha się pomiędzy ludźmi, nie siląc się nawet na krótkie „przepraszam”, którym powinien obdarować potrąconych gapiów.

- Też gram. - dochodzi spod kaptura. - Ale nigdy przez Internet. Jestem tradycjonalistą.

- Ja niestety nie mam z kim grać. Znajomi nie podzielają mojej pasji.

- To zapraszam do mnie. Organizuję właśnie wieczorek i brakuje mi czwartego do stołu.

- Czemu nie. - odpowiada po chwili zastanowienia. - Trzeba spróbować. Gracie na pieniądze?

- Tak. To jakiś problem?

- Żaden, wezmę trochę od ojca.

- Najważniejsza jest zabawa. Masz jakoś na imię?

- Michael, a ty?

- Jonathan.

Burzowe chmury nadchodzą z północy.


Praca 10.

Ciężko być bohaterem w dzisiejszych czasach. Cały czas spędza się na wojaczkach. To trzeba uratować jakąś księżniczkę z rąk goblinów czy trolli, to wilki zabijają owce pasterzom. Od czasu do czasu jakieś stwory zaatakują miasto. Bogactwa z tego wszystkiego nie ma, a ekwipunek trzeba naprawiać, żyć i pić również. Jedynym plusem jest sława i niewiasty z niej płynące.

Karczma „Pokerstrategy” w której przebywałem jak każda inna ma mnóstwo podejrzanych zakapturzonych typów siedzących przy stołach. Jednak jeśli ktoś szuka jakiegoś zadania, to nie ma lepszego miejsca. Ja jako bohater spędzałem tu dużo czasu, co prawda nie zawsze będąc trzeźwym i przytomnym. Wszyscy wiedzieli gdzie mnie szukać gdy pojawi się jakiś nowy problem. I tego dnia znaleźli, a dokładniej podszedł do mnie karczmarz i powiedział, że mam się za nim udać w sprawie nowego zadania. Tak też uczyniłem, poprowadził mnie w kierunku piwnicy. Chwilę się zawahałem, bo kto normalny prowadzi kogoś w tajemniczej sprawie do piwnicy, ale ostatecznie przekroczyłem próg i zszedłem w dół po schodach. Moim oczom ukazał się niesamowity widok. Wszelkie gatunki osób zgromadzone w jednym pomieszczeniu nie robiące żadnych burd. Przed sobą miały po dwie papierowe karteczki i stosy czegoś na wzór monet. Stałem tam i nie umiałem się poruszyć, kompletnie nie widziałem o co w tym wszystkim chodzi. Gospodarz Jakub szybko znalazł się przy mnie.

– Już ci to wszystko wyjaśniam – zapewnił.

– No mam nadzieję. Lepiej zacznij od tego co ode mnie chcecie, bo możliwe że wole nie wiedzieć o tym co tu się dzieje.

– Bo widzisz, zgłosił się do nas pewien smok...

– To ze smokami tez czas spędzacie?! Czy wy oszaleliście?

– To nie tak! On wyzwał nas na pojedynek, a my się zgodziliśmy.

– Czyli rozumiem trzeba się z nim rozprawić. To jest na szczęście normalne zlecenie, a już się bałem że chcecie ode mnie czegoś dziwnego. Wiecie jaka jest stawka? Standardowo 15 złotych monet i 3 dziewki.

– Tylko że to chodzi o pojedynek pokerowy.

– Chyba jestem pijany, bo w ogóle cię nie rozumiem. Mówże jaśniej.

– To co tu się dzieje przy tych stołach to jest gra która nazywamy pokerem. My boimy się tego smoka, więc potrzebujemy ciebie byś się nauczył tej gry i wygrał ten pojedynek.

– Co jeśli odmówię?

– Nasz wizerunek jako najlepszych szkoły pokera zostanie naruszony.

– Och straszne. Uważacie że się tym przejmę? Nawet o was wcześniej nie słyszałem.

– Oczywiście zostaniesz sowicie wynagrodzony.

– No nareszcie gadacie od rzeczy, to przystępujemy do nauki.

Po wielu dniach spędzonych na zgłębianiu tajników tej gry byłem gotów stanąć do testów.

Jakub wyznaczył mi przeciwników ze swojej szkoły.

Moim pierwszy rywalem miała być rybka. W teorii wydawało się to wszystko o wiele prostsze. Jednak w praktyce dziwne zagrania rywala były ogromnym problemem dla mnie. Okazało się jednak, że ten gracz popełnia wiele błędów, które mogę eksploatować i wygrałem ten pojedynek.

Następnym w kolejce był Artur „Wasylaa” Wasek. W tej grze dowiedziałem się jak łatwo można czytać zagrania innych graczy. Wiedząc kiedy ma silne ręce, a kiedy słabe spokojnie budowałem swoją przewagę i ostatecznie wygrałem.

Na koniec czekał mnie najlepszy z graczy w historii pokera tej szkoły – Phill Hellmuth. Walka była zacięta, raz ja byłem na prowadzeniu raz on, wyraźnie mu się to nie podobało. Zaczął krzyczeć w nieznanym mi języku. Wyglądał na zdenerwowanego i to udało mi się wykorzystać przechylając szalę zwycięstwa na moją stronę i wykańczając go.

Po tych potyczkach zdobyłem tyle doświadczenia, że mój poziom się podniósł. Otrzymane wraz z awansem punkty cech postanowiłem dodać do szczęścia, a za nową umiejętność wybrałem suckout.

Tak przygotowany byłem gotów wyruszyć na spotkanie z moim przeznaczaniem. Wszyscy w piwnicy „Pokerstrategy” życzyli mi powodzenia, a Jakub ze łzami w oczach dodał jeszcze:

– Niech flipy będą z tobą mój synu.

By wyzwać kogoś na pojedynek kodeks pokerzysty nakazywał rzucić przed niego żeton rozdającego.

Będąc przed pieczarą smoka, wrzuciłem go do środka i zawołałem:

– W imieniu Pokerstrategy wyzywam cię poczwaro!

– Wyzwanie przyjęte! Wejdź do środka! - doleciało od strony jamy.

Wszedłem więc i zastałem tam już przygotowany stół i żetony. Nic nie mówiąc zaczęliśmy batalię.

Zdawać by się mogło, że smok czyta ze mnie jak z otwartej księgi, ja zaś nie mogłem nic wyczytać z jego kamiennej twarzy. Wzorem pewnego pokerzysty poznanego w szkółce postanowiłem zakrywać swoją twarz kapturem po każdym swoim zagraniu za wszystko. Ciągłym takim przesuwaniem swoich żetonów na środek zdołałem się nabudować. Miałem przewagę w tym momencie i po którymś z kolei takim zagraniu przeciwnik wreszcie sprawdził. Niestety trzymałem wtedy tylko 58 przeciwko jego QQ. W tym momencie dała o sobie przypomnieć moja nowo nabyta biegłość w suckoutach. Stół ułożył się korzystnie dla mnie i zostałem zwycięzca tej rozgrywki.

W karczmie zostałem hucznie powitany. Została wydana biesiada na moją cześć, a moją nagrodą była walizka żetonów.

W taki oto sposób uratowałem honor szkoły pokerowej przed splamieniem oraz kilka niewiast przed trafieniem w gorsze ręce niż moje.

*Zbieżność imion, nazwisk i nicków przypadkowa*