nie wiem jak u Was na uczelni ale mnie dobija zawsze 2-3 tygodnie przed sesją.
Sama sesja to egzamin co kilka dni i nic więcej. Teraz mam taki sajgon że szkoda gadać. Poprawianie kół, żeby w ogóle mnie dopuścili do egzaminu, zalczanie laborek, poprawianie sprawozdań, projekty itp.
No i nie wiem czemu ale w tym semestrze odwaliło wykładowcą i terminy kół mam 17, czasami 19 ;/
Ogólnie pierwszy raz w karierze studenckiej jestem zwolniony z jakiegoś egzaminu, co bardzo mnie cieszy. ALE (co by nie było za pięknie) nauka na ten przedmiot kosztowała mnie zbójowaniem z wytrzymałościówki