Normalnie prawie się załamałem ostatnim downswingiem z graczami, którzy swoją grą przypominali fishe.
VPiP powyżej 50% a czasami do ok 65%, agresja niewiele mniej, podbijają i sprawdzają bez różnicy z kwiatkami typu T9o, Kx, Qx (niezawsze suited) z Ax to ci często dadzą 3 beta a już najlepsze akcje to call na raise lub raise a nawet 3 bet z "cudami" typu 64o 53o T7 itp.
Najgorsze jest to, że jak trafi się 2-3 albo 4 takich przy stole to robi się masakra i to niestety ze mną w roli ofiary. Ilekroć mam wydawałoby się bardzo sensowne (mocne karty) to któryś z nich trafi jakiegoś posranego nutsa z przedziwnej ręki startowej po często burzliwej licytacji.
Ustawianie zakresu rąk dla takich gości to jak totolotek np:
Po moim mocnym rozegraniu AA preflop typu call, call, on raise do 1$ ja reraise do 4$ przychodzi
flop A97 rainbow
ja bet 7$, on all in !!! ja call
on pokazuje T8o
i oczywiście na turn albo river dochodzi 6
O sytuacjach w których mój "normalny" strit tzn taki gdzie moja/e karta/y wypełnia dziurę w boardzie a jego przedziwny łamaniec z 1/2dziurami tworzy wyższego nutsowego strita to już nie wspomnę.!!!
A jak już na boardzie pojawi się jakakolwiek para (najczęściej 22-77) to mój nutsowy strit idzie się j.... bo koleś łapie fulla bo grał np Q5, J7, lub inną podobnie "grywalną" rękę.
O ile znam ryzyko grania po moim limpie z przeciwnikiem BB (wiadomo może mieć dowolne 2 karty) o tyle jeśli gracz robi raise, calluje raise albo robi / calluje 3 beta to wypadałoby "ustawić" go na jakiś możliwie wąski zakres rąk.
A tu DUPA !!!
Licytacja tych kolesi nie ma nic wspólnego z siła/zakresem ich ręki.
I tak po tym przydługim poście dochodzę do najważniejszego pytania:
Czy to aby nie ja jestem fishem ???
A ci kolesie co mnie tak łupią to Gus Hansen, Phil Ivey i spółka grający dla jaj po wódce na mikrolimitach ???
?(