Pierwsze koty za płoty, czyli początki przygody z pokerem cd
W ogóle z tym turniejem w domu Michała były problemy od początku. Pierwotnie miał on odbyć się w Wielką Sobotę co już stanowiło problem szczególnie dla mojej żony(jej rola była istotna w tej eskapadzie, gdyż miała być moim kierowcą
), jednak dzięki perswazji i przekupstwie udało mi się ją przekonać, że mimo niefortunnego terminu powinniśmy tam pojechać. W końcu nie na co dzień można zagrać w karty ze znanym artystą i to do tego w jego domu.
Po tym jak przekonałem żonę okazało się, że organizatorzy również zauważyli niezbyt trafny wybór terminu turnieju i zostaje on przełożony na piątek po świętach (cholera, po co obiecywałem jej ten pierścionek?). Zacząłem przygotowania do „wielkiego turnieju” gorączkowo szukając na moim forum informacji o MTT, niewiele ich wtedy było no ale trochę udało mi się wiedzy liznąć (wtedy nie odróżniałem MTT od sng a w sumie turniej u Michała to było 18 osobowe sng, no ale to już szczegół :D).
Święta minęły i spadła na nas wiadomość, że babcia mojej żony zmarła i pogrzeb odbędzie się w czwartek, dzień przed turniejem, problemem było to, że pogrzeb miał miejsce w Pyrzycach. Kolejne negocjacje z kobieta (ładnie nazwane, klęczałem przed nią i błagałem :D), które zakończyły się dla mnie dobrze i ustaliliśmy, że w piątek rano wracamy z Pyrzyc do Łodzi, odświeżamy się i ruszamy pod Warszawę do domu Michała.
Podróż powrotna odbyła się bez zbytnich przygód i wieczorem pojawiliśmy się w domu Michała. Chata robiła wrażenie, w sumie pierwszy raz widziałem od wewnątrz dom znanego artysty. Nie tylko dom zrobił na mnie wrażenie, również jego gospodarze czyli Michał i Ania. Bardzo mili ludzie, tacy ……normalni . Poza gospodarzami byli również obecni inni gracze tego turnieju, wyglądali jak stare dobre grono znajomych. Oczywiście większość rozmów dotyczyła pokera, używali wielu dziwnych określeń o których w życiu nie słyszałem, starałem się robić dobra minę do złej gry, żeby od razu nie rozpoznano we mnie donka a w głowie cały czas kotłowała się natarczywa i nie dająca odrzucić się myśl : kurwa co to jest ten floating o którym ciągle mówią? Marynarze jacyś czy co?
Spoiler
tak przy okazji przypomniała mi się sytuacja z początków mojej gry online. Grałem w jakimś freerolu i po moim beznadziejnym zagraniu oddałem połowę stacka jakiemuś Szwedowi. Jakież było moje zdziwienie gdy na czacie ten Szwed napisał „ty anglin… „trochę mnie to zdziwiło Szwed i umie po naszemu, no ale przecież mógł to być Polak, który mieszka w Szwecji. Więc grzecznie mu napisałem po Polsku co chce ode mnie? On na to po angielsku, że nie rozumie, jak to kurwa nie rozumie, zaczyna pisać do mnie po Polsku a teraz pisze po angielsku, że nie rozumie?. Spytałem więc go grzecznie tym razem po angielsku co chce ode mnie i czemu najpierw zaczepia mnie po polsku a potem pisze, że nie rozumie jak mu odpowiadam w naszym języku. Minęło trochę czasu zanim wytłumaczył mi co oznacza „ty” przy stoliku pokerowym
.
Nerwy coraz bardziej dawały znać o sobie, mój żołądek kurczył się coraz bardziej. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, ze w życiu nie grałem na żywo, jak liczyć pulę, czy żetony maja nominały?….no i jak to technicznie zrobić, żeby zobaczyć swoje karty tak aby przeciwnik ich nie podejrzał?
Zacząłem żałować, że się tam pojawiłem. Na szczęście nie byłem jedyny w takiej sytuacji :tongue:, zauważyłem pod ściana równie wypłoszonego co ja chłopaka. Podszedłem do niego i wyszło, że obaj jesteśmy debiutantami w grze live. Zrobiło mi się raźniej na duchu, zawsze lepiej mieć kompana w niedoli ;).
Start turnieju zbliżał się nieuchronnie, na ekranie komputera wyświetliły się miejsca przy stołach gdzie będziemy siedzieć. Ja trafiłem na stół nr 2. Tak zacząłem zastanawiać się gdzie jest ten stół bo w pomieszczeniu widziałem tylko jeden i za nim basen, okazało się, że mój stół ustawiony był w basenie (oczywiście basen był bez wody :D).
Tuż przed rozpoczęciem turnieju opuściła mnie żona, nie na stałe niestety ;). Stwierdziła, że jest zmęczona i jedzie do hotelu. Miałem do niej zadzwonić jak skończę turniej, żeby mnie odebrała. Próbowałem ją przekonać, żeby chociaż jakiś czas została, niestety zmęczone podróżą
kobiety (i nie tylko) są uparte.
Zostałem sam jak palec w jaskini lwa pomiędzy żadnymi mojego stacka wyjadaczami. Nadszedł czas gry. Z duszą na ramieniu zająłem swoje miejsce. Ciasno przy tym stole, a jakie ciężkie są te żetony, na szczęście maja nominały nie jest źle :P. Rozległa się magiczne „shuffle up and deal”
Po losowaniu pozycji załapałem się na SB, w sumie dobrze, popatrzę jak inni do robią zanim dojdzie do mnie kolejka :pokerface:.
Pierwsze rozdanie, karty rozdane, korci mnie żeby zobaczyć co mam ale widzę, że nikt nie spogląda od razu w karty tylko czeka aż poprzedzający gracz podejmie decyzję, nie będę się przecież wyłamywał, poczekam sobie a co tam. Same foldy do CO. Zawodnik z tej pozycji podbił i w końcu przyszła moja kolej, próbuję zajrzeć co mam (powtarzając czynności, które zaobserwowałem u innych graczy) jednak z nerwów nie mogłem odgiąć leżących moich kart, ja pierdole pierwsza ręka i już blamaż. Niewiele myśląc wziąłem obie karty w ręce, odsunąłem się trochę od stołu i sprawdziłem co mam. Moim oczom ukazał się przecudowny widok….jeeeeeee mam JJ, CO jesteś mój :D.
Co teraz robić? Sprawdzać, przebijać? ( wtedy jeszcze chyba nie znałem określenia 3 bet) . Postanowiłem go przebić, CO sprawdził. Zaraz zobaczę flopa =). Flop spadł niski coś w stylu 9, 5, 3 . Cholera co teraz robić? Instytucja planowania reki była dla mnie wtedy tak samo znana jak budżet Burkinii Faso.
No nic poczekam i zobaczę co zrobi przeciwnik :pokerface:. On zabetował, mam go =). Niewiele myśląc przebiłem jego beta, 5x albo nawet 6x ( w końcu wielkość nie ma znaczenia
). Na swoje przebicie dostałem w twarz all inem, o kurwa….co robic? przecież mam JJ nie mogę tego zrzucić, nie ma wyższych kart na flopie a przeciwnik na pewno mnie blefuje. Po takiej „dogłębnej analizie” sprawdziłem. Gość pokazał AA. Turn ani river nie przyniosły mi pomocy a do mnie zaczęła docierać świadomość, że właśnie oto odpadłem w pierwszej ręce turnieju, ta dołująca wiadomość została potwierdzona bardzo nieprzyjemnym dla mnie okrzykiem dealera „seat open”.
Mmoje odpadnięcie sprawiło niemałe poruszenie wśród pozostałych graczy, oczywiście nie miało to nic wspólnego ze współczuciem dla mnie…..okazało się, że jestem pierwszym graczem w historii tego turnieju, który odpadł w pierwszej ręce (i jedynym jak się później okazało). Tak czy inaczej zapisałem się w annałach tego cyklu :facepalm:.
Szybko pożegnałem się z gospodarzami i pozostałymi uczestnikami i zadzwoniłem do żony aby mnie odebrała z domu Michała, z tonu jej głosu wywnioskowałem, że ma ze mnie niezłą bekę (nie dziwie się jej w ogóle, bo ja do dziś uśmiecham się na wspomnienie tej gry).
Mimo takiego obrotu sprawy gra live spodobała mi się i obiecałem sobie, że jeśli tylko będę miał okazje to na pewno jeszcze zagram na żywo.