We love you, Jerry Yang
Dlaczego wielki pieniądz znów zgarnia amator z Nowosybirska, a my po raz kolejny przechodzimy obok tytułów? Przebrzydły łotrzyk? Być może, ale bez niego to przecież nie byłoby to samo.
Dzień konia
![]() |
| "Zaraz, zaraz... jak to było? Przy smooth-9 grać raise?" |
Na starcie turnieju głównego World Series of Poker '79 karciani weterani musieli być zachwyceni widokiem zahukanego, ledwie orientującego się w pokerowych realiach siwego 52-latka z Tulare, który Valium zagryzał pastylkami dla diabetyków, a srebrną Sierrę - papierosowym dymem jankeskiego odpowiednika Sportów. Easy money, teoretycznie. Bo w praktyce Hal Fowler okazał się pomazańcem Boga Gutshotów i magnesem na trzyoutery, co doprowadziło go do mistrzostwa świata, zaś uznanych profesjonalistów do bolesnych torsji. To była noc, w której umarło Vegas, a łowcy szczęścia zwietrzyli swe szanse.
Pokerowy zegar toczy swe koło przez dwadzieścia osiem lat. W 2007 roku ślepy Hal doczekał się swego następcy, którym okazał się bogobojny Hmong. Po jego wątpliwie zasłużonym triumfie popularność imienia Jerry spadła czterokrotnie, zaś chińska filozofia równowagi wyraźnie straciła na blasku, kiedy to zawstydzone Yang skryło się w cieniu Yin. Coś bardziej świeżego? Może więc posłużę się przykładem Matta Perrinsa, łoma z Manchesteru, który w 2011 roku zdobył bransoletkę Deuce-to-Seven Single Draw grając ten wariant po raz pierwszy w życiu. Online? Miesiąc po miesiącu trafia ktoś "szóstkę" - grinder mikrositków "maratik" urywa milion dolców w Main Evencie WCOOP-a, a mający na PokerStars lifetime próbkę grubą na sześć turniejów "axel397" robi ponad 140 tys. $ w turnieju głównym Micro Millions.
"Przecież miałem haka..."
![]() |
| Sometimes it feels like... |
Gratulujemy oczywiście. Godny pozazdroszczenia "pierwszy raz" z wariancją. Godny pozazdroszczenia, właśnie... bo to my przeczytaliśmy te wszystkie arty, co środa chłoniemy treningi, w soboty doprawiając bagaż prywatnymi coachingami... I jeszcze ten sweat z tym prosem - mówił, że wszystko robimy dobrze... Czemu taki typ jeden z drugim dostaje strzał życia właśnie wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebuje, podczas gdy nam żre tylko na pierwszym levelu "piątaka" z rebuyami i w zapchajdziurze za dolar pięćdziesiąt? Dlaczego to nam znów zdycha combodraw w puli na chiplead i znów nie bronimy asów na semi-final table? Czemu te life changing money są tak wysoko, daleko, czemu dla nas są właściwe zupełnie niedostępne? Turniejowy poker - ot, gra szczęścia...
Już kilka minut i kilka łyków kojącego piwka później przychodzi nam ochłonąć i ukorzyć się wobec kolejnego potknięcia o mindsetowy płotek. Karta nie świnia, a wariancja nie chory niemowlak, żeby nie "odbiła". Nie każdy może wygrać "bańkę" we WCOOP-ie, i tak jesteśmy lepsi od 80% planktonu. Mamy czterogwiazdkowego króla na ProLabsie - brakuje tylko tego "błysku", który musi przyjść; musi przyjść konsekwencja dobrej gry. Musi! Poker turniejowy, nawet w wydaniu no-limit, nie jest wcale rosyjską ruletką, jak sądzi wielu miłośników gry cash (z Toddem Brunsonem włącznie). Na drugiej szali smutnej wagi (nie)szczęścia Fowlerowi, "maratikowi" i "axel397" można postawić takie przykłady, na które sucho w ustach zrobiłoby się nawet najzagorzalszym zwolennikom naszej żałosnej, polskiej "hazardówki".
Nie raz, nie dwa
![]() |
| Dresiki Fila schodziły potem jak bułeczki... |
Twierdzenie, że "wyjątek potwierdza regułę" zawsze świadczyło dla mnie w pierwszej kolejności o wątpliwej inteligencji je głoszących. Czytaj - braku argumentów. Reguła bowiem traci na swej sile, gdy pokaże się, że można inaczej, i tylko w zasadach językowej poprawności nic sobie ona nie robi z wyjątków. Czy gdyby przyjąć, że Phil Hellmuth ze swymi trzynastoma bransoletkami, 49 finałowymi stołami i blisko setką cashy na World Series jest "wyjątkiem potwierdzającym regułę", to czy byłby on po prostu "inny", tak jak wiedźmin Geralt z Rivii był wyrzutkiem i "obcym", którego kocie oczy i perfekcyjne piruety z dłonią zaciśniętą na srebrnej klindze miast imponować - wprawiały w strach i niechęć? A może byłby zwyczajnie... lepszy?
Gdy "The Poker Brat" przedstawiał się pokerowemu światu, niemożliwego dokonywał Johnny Chan. W 1987 roku do Main Eventu przystąpiło 152 graczy, rok później - 167. Johnny wygrał dwa razy. OK, akceptowalne, ale kiedy w 1989 roku po przebrnięciu przez gruby na 178 pokerzystów field Chan znów zameldował się w heads-upie, goście od wyjątków i "pokerowej szczęśliwości" musieli nabrać sporo powietrza. "Jak to? Coś jest nie tak... Niemożliwe!". Możliwe, bo turniejowy poker to wciąż nie Multi Multi i nie automaty. To nadal poker.
Rzućmy okiem na coś bardziej świeżego: w 2007 roku w evencie WSOP 2000 $ Omaha Hi-Lo Split wzięło udział 534 graczy. Zwyciężył Frankie O'Dell przed Thangiem Luu. Bez historii. Ale w tym samym (choć z obniżonym do 1500 $ wpisowym) turnieju w roku następnym Thang Luu poradził sobie z 832 pokerowymi oponentami i tym razem zdobył bransoletkę. Imponujące - powiecie. Ale w 2009 roku znów rozegrano event splitowej Omaszki, który zaszczycił swą obecnością obrońca tytułu. 918 graczy w stawce i kolejny triumf Luu! Back-to-back-to-back na niemal 2,3k rywali. Magik? Czarodziej? Nope, po prostu dobry pokerzysta.
Historia uczy
![]() |
| Bill Boyd? Never heard about... |
Przykładów na "wyjątki" jest o wiele więcej. Choćby z tego roku, kiedy to Shaun Deeb zwyciężył w czterech eventach high podczas Spring Championship of Online Poker, a każdy z nich rozgrywany był w innej odmianie. Chociaż przykłady z przeszłości zwykle oporniej działają na wyobraźnię, to warto wspomnieć o jednym z najbardziej tajemniczych pokerzystów w historii, który w ciągu zaledwie trzech lat zdołał potężnie rozbłysnąć i zniknąć nagle z karcianej rzeczywistości. Lakewood Louie, bo o nim mowa, w swoim dorobku ma zaledwie cztery starty w mistrzowskim cyklu, wszystkie jednak zakończone sukcesem. W maju 1978 roku nikomu nieznany przybysz z Lakewood shipnął 5000 $ Draw High, by w kolejnym roku triumfować w 2000 $ Draw High i 1500 $ Ace-to-Five Draw. W 1980 zwyciężył jeszcze w evencie Razz i gdy pokerowy świat przygotowywał się do złożenia hołdu kolejnemu z wielkich, Louie po prostu zniknął. Różnie mogły potoczyć się jego losy - może zapragnął usunąć się w cień w glorii chwały, a może po prostu stał się jednym z wielu stanowiących pożywkę dla bezkresnych piasków pustyni Nevady?
Ostatni, ale chyba najlepszy przykład to legendarny Bill Boyd, najlepszy gracz w historii Five Card Stud i paradoksalnie człowiek, który przyczynił się do śmierci tej dyscypliny. W latach sześćdziesiątych pięciokartowy Stud, choć dziś pachnący straszną nudą, był jednym z najbardziej popularnych wariantów (vide choćby "Cincinnati Kid"). Niekwestionowanym mistrzem 5CS był właśnie Billy Boyd. Gra ta czterokrotnie gościła w harmonogramie WSOP i za każdym razem była dominowana przez sędziwego mistrza z Arkansas. Ktoś zapyta - ile warte są brejslety Boyda, choćby ten z 1973 roku, kiedy to wziął on nagrodę bez gry, nie musząc stawiać czoła żadnemu z przeciwników? Otóż to: turniejowy Five Card Stud umarł, gdyż nikt nie odważył się stawić czoła Billy'emu Boydowi. Sam Doyle Brunson powiedział kiedyś: "Choćbyś miał o bransoletkę 5CS grać za 10 $, a za przeciwnika miałbyś tylko Billa, będzie to pozbawione sensu, bo po co tracić 10 $? Choćbyś ty miał postawić pięćdziesięciocentówkę, a Bill Boyd tysiąc dolarów - nie zasiadaj do gry. Po co tracić 50 centów?".
Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza
![]() |
| Kto jak kto, ale Antonio w "longrunie" The Big One będzie raczej na plusie... |
Jak to więc jest z tymi turniejami? Sceptyk powie, iż wrzucanie ciułanego przez trzy dni stacka na coinflip ma tyle wspólnego ze skillem, co Sasha Grey z duchowością karmelitańską. W odpowiedzi usłyszy on, że to nie jeden turniej decyduje o pozycji, jaką gracz zajmuje w karcianej hierarchii, tak jak przegrana jedna ręka w grze cash nie sprawia, że przeciwnik jest od nas lepszy. To longrun. Sceptyk odpowie: gdzie tworzy się longrun w takim Main Evencie WCOOP? Jak można uzyskać w całej swej karierze miarodajną próbkę, która będzie w stanie powiedzieć nam, dlaczego nie zdobyliśmy mistrzostwa świata? Jaką mamy szansę na sukces "maratika" czy Hala Fowlera? Czy mniej nań zasługujemy? Nie sądzę.
Prawdą jest jednak, że nie ma sensu z żalem liczyć oddsów, jakie na nowe życie miał jeden z drugim luckbox, bo właśnie niespodzianki stanowią esencję turniejowej gry. Drażniące? Być może, ale gdyby wszystko było jasne, każdy z nas trzymałby się tych samych lokat w tych samych turkach niczym korporacyjna mrówka liczby rozmów telefonicznych, jakie musi wykonać przed piętnastą. Czy to nie marzenia działają na naszą wyobraźnię? Czy to, że mając po lewej Phila Ivey i Chrisa Moormana możemy zdominować stół i jak dzieciaków ograć towarzystwo nie równoważy faktu, iż koniec końców tym razem to Jerry Yang zostanie mistrzem świata? Z jednej strony zwycięstwa cieniasów bywają deprymujące, z drugiej jednak to one każą wierzyć, że możemy wygrać Sunday Million, chociaż wcale nie jesteśmy najlepsi w stawce. I kwestia decydująca - przecież w znakomitej ilości przypadków wielki szczęściarz spróbuje zmaksymalizować swego rusha, dzięki czemu najprawdopodobniej odda lwią część zarobionych przez siebie pieniążków. Kto wie, może właśnie nam?
by




